środa, 5 sierpnia 2015

   

WIETNAM


CZ.XIV
Good Morning VIETNAM !!
To już drugi tydzień mojej wędrówki po Indochinach.. Dzisiejszego ranka, po wczesnym śniadaniu, wyruszamy w kierunku kambodżańsko-wietnamskiej granicy i po załatwieniu formalności celno-paszportowych, rozpoczniemy zwiedzanie kolejnego azjatyckiego kraju – Wietnamu. Wyznaczony plan zwiedzania tego ciekawego, kolorowego kraju mamy bardzo bogaty i niezwykle interesujący. Odwiedzimy kolejno miasto Ho Chi Minh (dawny Sajgon) z jego zabytkami i barwnymi dzielnicami, przeprawimy się przez legendarną rzekę Mekong, przeczołgamy się w podziemnych partyzanckich tunelach Vietkongu z czasów wojny Wietnamsko-Amerykańskiej, wypłyniemy w morski rejs po zatoce Ha Long (wpisanej na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO)– bajkowym akwenie pełnym niesamowitych formacji skalnych, wysepek i jaskiń, przejedziemy się rikszami po stolicy Hanoi, odwiedzając jej główne zabytkowe obiekty z mauzoleum wodza Ho Chi Minha włącznie, spędzimy niezwykły wieczór na spektaklu „wodnych kukiełek” itd., itd.… Zapowiada się ciekawa i pełna atrakcji eskapada po kolejnym kraju Półwyspu Indochińskiego. W drogę !!!..
Poniżej mapka prezentująca naszą trasę po obszarze Socjalistycznej Republiki Wietnamu. Trochę powędrujemy, trochę polatamy i trochę popływamy..…


Wyspani, spakowani i w dobrych nastrojach, kilka minut po godzinie 7-mej zbieramy się przed hotelem „Ohana”, gdzie właśnie podjechał nasz turystyczny autokar.


Ostatnie sprawdzenie listy obecności, dopilnowanie czy torby i walizki zostały wsunięte w luki bagażowe oraz doraźna pomoc serwisowa ulicznego szewca-pucybuta, który bacznym fachowym okiem wypatrzył uszkodzone obuwie Jorgusia..


Uliczny szewc wyciąga ze swej podręcznej drewnianej skrzynki mocną dratwę, szewską igłę, szpikulec i szczotkę. Za ustaloną cenę 2 dolarów, młody chłopak szybko i zręcznie przeszywa obydwa skórzane sandały mojego przyjaciela, uszkodzone podczas wielokilometrowych, uciążliwych wędrówek.. Na koniec mały glanc szczotką i sandały jak nowe.. 
Można znowu zdzierać podeszwy w czasie następnych eskapad po wietnamskiej ziemi..


Kwadrans po godzinie 7-mej ruszamy w trasę. Do przejścia celnego na kambodżańsko-wietnamskiej granicy w miejscowości Krong Bavet mamy około 200 km. Będziemy co prawda poruszać się dosyć dobrą krajową drogą - National Highway 1, jednak czas jaki szacunkowo zajmie nam dojazd do granicy, to około 4 godziny podróży. Opóźni nas przejazd przez zatłoczone centrum Phnom Penh, a także promowa przeprawa przez rzekę Mekong, ale na to nie mamy już wpływu.. Opuszczamy stolicę Kambodży – Phnom Penh z jej pięknymi zabytkami, wciskając się w coraz bardziej zatłoczone dzielnice miasta.


Poranny ruch potęguje się z każdą minutą. Ludzie zmierzają do pracy, sklepów, na bazary, do szkoły.. Phnom Penh zaczyna tętnić codziennym, normalnym życiem…


Im bardziej oddalamy się od bogatego, uporządkowanego centrum miasta, przejeżdżając przez peryferia Phnom Penh, tym bardziej widać ubóstwo i prawdziwe, zaśmiecone oblicze metropolii..


„Szemrane” Stacje Paliw
i
benzyna w butelkach po Pepsi Coli..
Poza granicą miasta widoki raczej mało ciekawe. Poranek szary, słońce skryło się za powałą chmur, jednak jest niesamowicie parno. Gdyby nie klimatyzacja, w autokarze byłoby piekiełko. Jorgi uciął sobie drzemkę jak większość towarzystwa, ja z nudów poluję obiektywem na mijane, przydrożne, prywatne „stacje benzynowe”, jakich w Europie nie uświadczysz.. Tutaj 20-litrowy baniak „szemranej” benzyny kosztuje około 15 dolarów (50 zł).. 


„Stacje” działają z małym, gastronomicznym zapleczem. Można kupić słodycze, napoje, a także benzynę w mniejszych ilościach, rozlewaną 
w przeróżne jedno i dwulitrowe butelki po Pepsi Coli, wódce itp..


Na fotce poniżej, bardziej komercyjna, rejestrowana stacja paliw klasy „de lux”, gdzie paliwo tankuje się z nalewaków...


NEAK LEUNG – Przeprawa promowa..
Czas upłynął mi dość szybko na ustalaniu rankingu kambodżańskich „stacji benzynowych” i kiedy autokar po półtoragodzinnej jeździe zatrzymał się na dużym, zakurzonym placu u brzegów rzeki Mekong, zorientowałem się, że dotarliśmy do przeprawy promowej w miejscowości Neak Leung


Neak Leung to niewielkie, tętniące życiem miasteczko handlowe w prowincji Prey Veng, podobne do tysięcy innych w Kambodży, jednak warto napisać o nim kilka zdań z powodu strategicznej i handlowej ważności tej mieściny. Neak Leung wyrosło na skrzyżowaniu kilku ważnych szlaków handlowych i transportowych. Znajduje się 61 km na południowy wschód od Phnom Penh, na wschodnim brzegu rzeki Mekong. Miasto leży na trasie drogi krajowej National Highway 1, która biegnie od stolicy Phnom Penh do miasta Bavet na granicy z Wietnamem. Jest handlowym centrum gminy Neak Leung..


Handlowy rynek rozwinął się wokół portu promowego. Można tutaj znaleźć mnóstwo świeżych produktów spożywczych, które oferowane są przez lokalnych rolników, jak również ogromne ilości świeżych owoców, importowanych drogą lądową i rzeką z odległego o niespełna 100 km Wietnamu.


Ze względu na swoje strategiczne położenie, portowe miasto Neak Leung było znaczącym polem bitwy w różnych okresach historii Kambodży. 
O tym niewielkim mieście zrobiło się głośno na całym świecie w 1973 roku, za sprawą pomyłki amerykańskich sił powietrznych podczas wojny domowej w Kambodży i Wietnamie....
6 sierpnia 1973 roku amerykańska Superforteca B-52 błędnie zrzuciła 20 ton bomb na centrum miasta. Zginęło wtedy 137 Kambodżan, a 268 zostało rannych. Po tym pomyłkowym nalocie pozostało ponad 30 kraterów, rozciągniętych na długości 2 kilometrów wzdłuż głównej ulicy. Jedna trzecia miasta została całkowicie zniszczona, a połowa poważnie uszkodzona. Rynek Neak Leung oraz budynki w centrum miasta zostały zmiecione z powierzchni ziemi.


Jak wspomniałem, Neak Leung położone jest na wschodnim brzegu rzeki Mekong. Z powodu braku połączenia mostowego z przeciwległym, zachodnim brzegiem, promy samochodowe kursujące w tym miejscu przez nurt Mekongu były do niedawna istotną częścią infrastruktury transportowej Kambodży. Pływające obecnie statki zostały zakupione w 1997 roku, za część z 20 mln dolarów dotacji przeznaczonej przez Komisję Państwową na modernizację promów w Kambodży. Pomimo modernizacji wzmożony ruch na tej nitce drogi krajowej, zmierzającej ku granicy z Wietnamem, często powodował znaczne opóźnienia na przeprawie promowej. Zdarzały się sytuacje, że w kolejce setek pojazdów trzeba było czekać po kilka godzin, aby przepłynąć przez rzekę. Takie sytuacje to już przeszłość. Wykonano piękną, potężną inwestycję, która całkowicie „rozładowała” kolejki podczas przeprawy na drugi brzeg Mekongu. Zaraz o niej opowiem, tymczasem muszę się przygotować do przeprawy promowej, ponieważ nadpłynął właśnie statek z drugiego brzegu, zacumował do nabrzeża i rozpoczął rozładunek pojazdów oraz pasażerów...


Kiedy prom zostaje całkowicie opróżniony, obsługa przystani pozwala na wjazd pojazdów zmierzających na przeciwległy brzeg, a następnie wpuszcza indywidualnych pasażerów. Siedzimy wszyscy w autokarze. Będzie go można opuścić po całkowitym załadunku promu..


Nie wszyscy mają szczęście załapać się na ten kurs.. Na poboczu nabrzeża pozostaje kambodżański bus, napakowany jak niedzielny PKS do Lichenia,. Ta liczna ekipa pań w gustownych kapelusikach tym razem mocno przesadziła z załadunkiem towaru, pakunków i różnych tobołów na przeciążonego busa. Trzeba będzie poczekać na następny prom i połowę rzeczy wziąć niestety na swoje barki…


Obsługa promu sprawnie upchała pojazdy, w trzech ciasno ustawionych rzędach. Możemy wreszcie wysiąść z autokaru na pokład statku.


Jako pierwsi korzystają z okazji palacze, wychodząc na dymka.. 
Razem z Jorgusiem także idziemy coś „pyknąć”, lecz obiektywem aparatu..


  Kiedy przechadzam się pomiędzy stojącymi pojazdami, spod plandeki zadaszonego furgonu, w którym siedzi kilkunastu Khmerów, ktoś ciekawie spogląda w moją stronę. Para małych, czarnych oczu obserwuje każdy mój ruch, gdy pstrykam fotki. Pytam mamę dziewczynki, czy mogę zrobić zdjęcia. Ta skinieniem głowy wyraża zgodę.. Dziecięca ciekawość małej, ślicznej dwuletniej Khmerki zostaje uwieczniona na fotografii..


Spoglądam na widoczny w oddali przeciwległy brzeg. Koryto Mekongu ma w tym miejscu około 1 kilometra szerokości. Czas w jakim prom przepływa ten odcinek nurtu rzeki to około 10 minut rejsu..


Nowy most nad nurtem Mekongu
W momencie, gdy prom dopływa na środek koryta rzeki, w oddali na północy ukazują się duże mostowe konstrukcje, przecinające nurty Mekongu. To właśnie wspomniana wcześniej, potężna inwestycja, która obecnie całkowicie „rozładowała” kolejki podczas przeprawy na drugi brzeg Mekongu. Kiedy w maju 2014 roku wędrowałem po Kambodży, most przez rzekę Mekong był w trakcie budowy i tak właśnie wyglądała faza jego montażu.


Warto wspomnieć w kilku zdaniach o tej drogowo-mostowej inwestycji, ponieważ jest ona obecnie najważniejszym odcinkiem trasy krajowej National Highway 1, łączącej stolicę Phnom Penh z wietnamską granicą.. Przez wiele lat Królewski Rząd Kambodży poszukiwał kapitału na budowę mostu przez rzekę Mekong w Neak Leung. Od 2002 roku czterokrotnie spotykano się i rozmawiano z rządem Japonii, odnośnie dofinansowania budowy mostu w Neak Leung. W czerwcu 2007 roku premier Kambodży Hun Sen osobiście złożył oficjalną wizytę w Japonii, gdzie apelował bezpośrednio do rządu japońskiego o pomoc finansową i techniczną przy budowie mostu. Japoński rząd wyraził zgodę na pomoc w budowie, opracował plan budowy, kosztorys oraz przeprowadził badania techniczne i środowiskowe, które zakończono w 2008 roku. Planowany koszt budowy miał wynieść 118 mln dolarów. Po przeprowadzeniu prac wstępnych, budowa rozpoczęła się w lutym 2011 r. W ciągu 4 latach wykonano wszystkie prace budowlane i 7 kwietnia 2015 roku most został uroczyście oddany do ruchu.. Jako pierwszy i najdłuższy most wantowy Kambodży ma on 2220 metrów długości, 13 metrów szerokości oraz posiada dwa szerokie pasy ruchu, które biegną 37,5 m powyżej poziomu wody Mekongu podczas pory deszczowej. Jak to bywa z takimi dużymi inwestycjami, jego końcowy koszt przekroczył zakładaną wstępnie kwotę i wyniósł 127 mln dolarów.
A tak wygląda on obecnie…


Inwestycja przyniosła już wymierne zyski, jako zmodernizowana arteria, wspomagająca ruch oraz transport w kierunku Wietnamu i Tajlandii. 
Ceny gruntów wzdłuż całej drogi National Highway 1 wzrosły w ciągu paru miesięcy od 10 do 20 %. Ruch handlowy pomiędzy stolicą Kambodży - Phnom Penh, a ważnym ośrodkiem przemysłowym Wietnamu - miastem Ho Chi Minh, wyraźnie nabrał ożywienia. Pomimo, iż został prawie całkowicie wyeliminowany ruch promowy, rząd na prośbę prywatnej spółki wynajął promy do dalszej eksploatacji..


W połowie wodnej drogi, promy wypływające z przeciwległych brzegów mijają się w bezpiecznej odległości.. Widać, że drugi prom znacznie mniej załadowany od naszego..


Po upływie kwadransa od momentu wypłynięcia promu z terminala w  
Neak Leung na wody Mekongu, nasz autokar znowu mknie po stałym lądzie, zmierzając krajową jedynką ku granicy z Wietnamem.. Znikają miejskie zabudowania, bazary i przydrożne wioski. Krajobraz zdominowany soczystą zielenią, wypełniają teraz rozległe tereny uprawowych pól ryżowych, ciągnące się na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów....


Na granicy dwóch światów..
Parę minut przed godziną 11-tą, po 4 godzinach jazdy i pokonaniu 
ok. 200 km, docieramy do zabudowań i straganów bazarowych przygranicznej wioski Krong Bavet, za którą w odległości niespełna 4 km znajduje się przejście graniczne pomiędzy Kambodżą i Wietnamem..


W ciągu kolejnych pięciu minut wjeżdżamy w strefę graniczną. Ukazują się budynku przejścia granicznego i kambodżańskiej celnicy. Nasz autokar zajeżdża pod zadaszony terminal autobusowy..


Wypakowujemy torby podróżne i walizki oraz wszelkie osobiste rzeczy z autokaru. Tutaj musimy się pożegnać z naszym sympatycznym khmerskim przewodnikiem i kambodżańskim kierowcą, którzy towarzyszyli nam przez kilka dni wędrówki po Khmerskiej ziemi.. Po wietnamskiej stronie granicy, gdy załatwimy wszelkie formalności wizowo-celne, przesiądziemy się do wietnamskiego autokaru, z wietnamskim przewodnikiem. Mamy kilka minut czasu na odpoczynek pod zadaszonym terminalem, papierosowego dymka i przygotowanie potrzebnych dokumentów.


Na sygnał naszego polskiego pilota zabieramy walichy i maszerujemy w kierunku budynku kambodżańskiej kontroli granicznej, oddalonego o niespełna 200 metrów. Teraz niestety trzeba wyłączyć kamery i aparaty. Zdjęć robić nie wolno....


Odprawa przebiega wyjątkowo sprawnie. Zero turystów, tylko nasza grupa. Żaden bagaż nie jest „przekopany”, a celnicy kambodżańscy uśmiechają się przyjaźnie na pożegnanie.. W ciągu 10 minut jesteśmy odprawieni po kambodżańskiej stronie. Teraz ponownie walichy w łapy i kolejne 300 metrów marszu z tobołami przez pas ziemi niczyjej, do widocznego w oddali punktu granicznego po wietnamskiej stronie..


Przed wietnamskim budynkiem odprawy celnej dwa symbole: czerwona flaga narodowa Wietnamu z żółtą, pięcioramienną gwiazdą pośrodku, która jak się później okaże, będzie powiewała niemalże na każdym skrzyżowaniu, słupie czy budynku administracyjnym oraz betonowy monument z dziwnym wieloramiennym słoneczkiem na szczycie.. Co to takiego..?. Otóż owo betonowe słoneczko to tzw. znak solarny, który jest popularnym w Azji symbolem, łączonym z pozytywnymi konotacjami. Dwanaście promieni symbolizuje postęp oraz porządek jak na tarczy zegarowej. W oryginale błękitny krąg odzwierciedla demokrację, sprawiedliwość i równość. Biel - czystość, dobrobyt i świetlaną przyszłość.

 

Ostatnia fotka przed wejściem do strefy celnej i znowu trzeba chować aparat.. Zdjęcia całkowicie zabronione..


Dwoma nogami w socjalizmie - WIETNAM
Podobnie jak na kambodżańskim przejściu, tak i tutaj jesteśmy jedyną grupą przekraczającą w tym momencie wietnamską granicę.. Odprawa przebiega wyjątkowo szybko i bez zbędnych ceregieli… Tuż obok budynku celnego czeka już wietnamski autokar, którym przez kilka następnych dni będziemy poruszać się po Wietnamie.. Wraz z kierowcą wita nas uśmiechnięty, dwudziestoparoletni wietnamski przewodnik..


Przekroczenie granicy kambodżańsko-wietnamskiej to nie tylko zmiana kraju w naszym podróżnym grafiku, to także wejście w całkiem odmienną od dotychczasowej rzeczywistość.. Tylko w Indochinach, po przejechaniu niespełna 1000 km ze stolicy Tajlandii przez teren Kambodży do stolicy Wietnamu, można jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenieść się w trzy całkowicie odmienne światy - od bogatego wizerunku monarchistycznego Królestwa Tajlandii, gdzie przytłacza ogrom świątyń, blask złota i nowoczesność wkraczająca milowymi krokami, poprzez monarchię konstytucyjną biednej, doświadczonej okrutnym losem Kambodży z jej cudownymi pozostałościami dawnego blasku Angkorskiego Imperium, do szablonowego, socjalistycznego Wietnamu, pełnego kolorów, uśmiechniętych i przyjaznych ludzi, jednak z unoszącym się nad tym wszystkim, niewidzialnym wizerunkiem nieśmiertelnego wodza i ojca narodu – Ho Chi Minha.. Aby mentalnie przestawić się na inne myślenie po przejechaniu Kambodży, trzeba chociażby w skrócie zapoznać się z charakterystyką geograficzną, historyczną, gospodarczą i społeczną Wietnamu, którą przedstawię w kolejnych zdaniach...
 
WIETNAM – Od dynastii do komunizmu..


Wietnam (oficjalnie Socjalistyczna Republika Wietnamu) leży na wschodnim wybrzeżu Półwyspu Indochińskiego. Zajmuje łączną powierzchnię około 331.210 km², porównywalną do rozmiaru Niemiec. Łączna długość granic lądowych kraju wynosi 4639 km, a jego linia brzegowa ciągnie się na długości 3444 km. W najwęższym punkcie centralnym Quảng Binh Province, kraj ten ma szerokość 50 km w poprzek, ale rozszerza się do około 600 km na północy. Stolicą od momentu zjednoczenia w 1976 roku Północnego i Południowego Wietnamu zostało Hanoi. Kraj ten graniczy z Chinami na północy, Laosem na północnym zachodzie, Kambodżą na południowym zachodzie oraz Morzem Południowochińskim na wschodzie. Z liczbą ludności ponad 90,5 mln jest piętnastym co do wielkości populacji państwem świata.


Obszar Wietnamu to głównie górzysty i gęsto zalesiony teren, z ziemią uprawną nie przekraczającą 20%. Góry stanowią 40% powierzchni kraju, 
a tropikalne lasy pokrywają około 42%. Najwyższą górą jest Phan Xi Păng 3143 m n.p.m., najdłuższa rzeka to Rzeka Czerwona (450 km na terytorium Wietnamu). Ze względu na znacznie rozciągnięty w kierunku południkowym kształt terytorium i specyficzne ukształtowanie terenu, w Wietnamie wyróżnia się kilka stref klimatycznych. Klimat Tonkinu zalicza się do wilgotnych podzwrotnikowych. W Wietnamie środkowym, na północ od przełęczy Hải Vân i na południu kraju (półwysep Cà Mau, delta Mekongu) występuje klimat zwrotnikowy wilgotny, w odmianie monsunowej. Klimat Wietnamu Środkowego, na południe od przełęczy Hải Vân, zalicza się do klimatu zwrotnikowego z porą suchą i deszczową (typ sawanna).
 

Wietnam jest krajem wielonarodowościowym w wyniku wielowiekowych migracji plemiennych, trwających jeszcze w XX wieku. Rdzenni Wietnamczycy (Kinh) stanowią 85% mieszkańców kraju, są ludnością zamieszkałą głównie na nizinach, o długoletniej tradycji rolniczej, osiadłą w deltach Rzeki Czerwonej i Mekongu, na nizinach nadmorskich oraz w miastach i przywiązaną do miejsca pochodzenia swoich rodów. Ponad 10% mieszkańców to grupy plemienne, zwłaszcza żyjące w górach, należące do 53 narodowości m.in. Tajowie, Mường, Chińczycy, Khmerowie.. W tym dość bogatym zlepku narodowościowym struktura religijna panująca w Wietnamie przedstawia się następująco: 45% ludności jest wyznawcami religii plemiennych, 30% brak wyznania, 17% to buddyści, a 8% wyznaje chrześcijaństwo..


Według ustnych przekazów państwo wietnamskie zostało założone 
w 2879 r. p.n.e. przez pochodzącą od chińskich bogów dynastię Hồng Bàng i było częścią Imperialnych Chin. Pierwsze zapisy historyczne o tym państwie pojawiły się w kronikach chińskich około 500 r. p.n.e. Systematyczne zapisy pojawiają się jednak dopiero po 111 r. p.n.e., po podboju chińskim. Mimo licznych prób oswobodzenia się, okupacja trwała ponad tysiąc lat. Ostatecznie Wietnam uzyskał niepodległość w 938 r. n.e. po zwycięstwie w wietnamskiej bitwie na rzece Bach Đằng i utrzymał ją do połowy XIX stulecia. W tym okresie kolejne wietnamskie dynastie królewskie rozkwitły jako znaczący w Azji naród, zaś geograficznie i politycznie rozszerzyły wpływy do Azji Południowo-Wschodniej, powiększając kilkakrotnie swój obszar przez zajęcie terytoriów południowych sąsiadów.  
Poniżej – rekonstrukcja Bitwy na rzece Bach Đằng 938 r. n.e.


Kolonialne zapędy Francji..
W XVII wieku Wietnam stał się polem działania misjonarzy katolickich, 
co spowodowało – pomimo prześladowań ze strony administracji cesarskiej – że kraj (jako jedyny na Dalekim Wschodzie, nie licząc Filipin) stał się ostoją katolicyzmu. Misjonarze przyczynili się rozwoju społeczeństwa, stworzyli podstawy nowoczesnego alfabetu wietnamskiego, ale jednocześnie swą działalnością sprawili, że ostatecznie kraj popadł w zależność od Francji.. W połowie XIX wieku niepodległość Wietnamu zaczęła ulegać stopniowej erozji. Powodem tego były podboje militarno-kolonizacyjne Francji na terenie Indochin pomiędzy 1859 i 1885 rokiem, wspomagane przez oddziały milicji katolickich. W 1862 roku, południowa część kraju stała się francuską kolonią nazwaną Kochinchina. Od 1884 roku, cały kraj znalazł się pod kolonialnymi rządami francuskimi i formalnie został włączony do Unii Francuskich Indochin. W 1887 roku francuska administracja nałożyła znaczne zmiany polityczne i kulturowe na wietnamskie społeczeństwo. Został stworzony system nowoczesnej edukacji w zachodnim stylu, a katolicyzm był propagowany szeroko na całym Półwyspie Indochińskim.


Japońska inwazja..
Francuzi utrzymali pełną kontrolę nad swoimi koloniami aż do II wojny światowej, kiedy to w 1941 roku wojna na Pacyfiku doprowadziła do japońskiej inwazji na francuskie Indochiny. Stacjonujące w Wietnamie wojska japońskie rozpoczęły eksploatację zasobów naturalnych, wspierając swoje kampanie wojskowe, zakończone przejęciem całego kraju w marcu 1945 roku. Doprowadziło to do ogólnego głodu i spowodowało ok. dwa miliony zgonów Wietnamczyków. Rychło powstał komunistyczny ruch wyzwolenia zwany Ligą Niepodległości Wietnamskiej -  Viet Minh. W sierpniu 1945 roku, w obliczu nadchodzącej klęski Japonii, Việt Minh rzucił hasło do powstania. 16 sierpnia partyzanci opanowali Hanoi, zaś 26 sierpnia Sajgon. Wojsko japońskie, wiedząc już o ogłoszonej przez cesarza kapitulacji, praktycznie nie stawiało oporu. 2 września 1945 roku formalnie zakończyła się okupacja japońska.
Poniżej - Parada zwycięstwa wojsk Việt Minhu w Hanoi.


Koniec francuskich wpływów..
SOCJALISTYCZNA REPUBLIKA WIETNAMU
Wietnamczycy dowiedzieli się, że są wolni. W rzeczywistości było jednak mniej oczywiste, kto będzie rządził. Jednym marzył się powrót Francuzów, innym supremacja chińska, ale niemal nikomu zależność od dalekiego ZSRR. Po zwycięstwie nad japońską okupacją, pod koniec 1946 roku ruch narodowowyzwoleńczy Viet Minh rozpoczął kampanię partyzancką przeciwko kolonialnym rządom Francuzów. Rozpoczęła się tzw. I Wojna Indochińska, która trwała do lipca 1954 roku i spowodowała ostatecznie wyrzucenie Francuzów z Wietnamu oraz całych Indochin. Następnie Wietnam został podzielony na dwa rywalizujące ze sobą politycznie państwa - Wietnam Północny i Wietnam Południowy. Konflikt między dwoma stronami zintensyfikował się, kiedy po przeciwnych stronach barykady zaangażowały się Stany Zjednoczone oraz ZSRR i Chiny. Działania militarne na Półwyspie Indochińskim znane jako II Wojna Indochińska trwały na przestrzeni lat 1957–1975. Walki toczyły się na terytorium Wietnamu Południowego, Laosu i Kambodży. Amerykańskie naloty bombowe objęły także terytorium Wietnamu Północnego. Wojna zakończyła się zwycięstwem Wietnamu Północnego w 1975 roku. W dniu 2 lipca 1976 roku, Północny i Południowy Wietnam połączono w Socjalistyczną Republikę Wietnamu pod komunistycznym rządem. Przez kolejne lata pozostał on zubożałym i politycznie izolowanym państwem.


W 1986 roku rząd rozpoczął serię reform gospodarczych i politycznych, które otwarły drogę Wietnamu w kierunku integracji z gospodarką światową. Od 2000 roku tempo wzrostu gospodarczego w Wietnamie jest jednym z najwyższych na świecie. Udane reformy gospodarcze doprowadziły w 2007 roku do przyjęcia Wietnamu w kręgi Światowej Organizacji Handlu. Jednak w Wietnamie nie jest aż tak „różowo”, o czym przekonamy się podczas kilkudniowego pobytu. W tym socjalistycznym państwie pod rządami marksistowsko-leninowskiego systemu jednopartyjnego, niezależnie od osiągnięć, które zostały dokonane w ostatnich latach, kraj nadal doświadcza nierówności w dostępie do opieki zdrowotnej i braku równości płci. Sektor mediów Wietnamu jest kontrolowany przez rząd. Obowiązuje cenzura tak dobrze znana nam z czasów komuny. Wietnam jest jednym z 15 globalnych "wrogów internetu". Choć rząd Wietnamu twierdzi, że blokuje pewne strony internetowe w celu zabezpieczenia kraju przed obscenicznymi treściami o wyraźnie seksualnym charakterze, to wiele portali prezentujących wrażliwe politycznie i religijnie sprawy jest także zakazanych.

Na razie koniec lekcji historii o Wietnamie. Ruszamy na zwiedzanie tego ciekawego kraju… Nasz autokar mknie spod granicy w kierunku dawnej stolicy, największego i najludniejszego miasta Wietnamu, nazwanego obecnie Ho Chi Minh, a znanego dawniej jako Sajgon. Do pokonania mamy teraz około 170 km, ponieważ po drodze odbijemy nieco w bok od wyznaczonej trasy i zatrzymamy się jeszcze w dwóch ciekawych miejscach.. Jak już wcześniej wspomniałem, kilka charakterystycznych elementów krajobrazu mijanego po drodze, będzie nam stale towarzyszyć w czasie podróży po Wietnamie.. Jednym z nich są symbole flagi narodowej - żółta, pięcioramienna gwiazda na czerwonym tle, która powiewa niemalże na każdym skrzyżowaniu, słupie czy budynku administracyjnym.. Nierzadko obok Wietnamskiej gwiazdy dojrzeć można inny symbol komunizmu, tak dobrze znany nam Polakom z zamierzchłych, braterskich stosunków ze Związkiem Radzieckim – sierp i młot..


Trasa wiodąca od granicy kambodżańsko-wietnamskiej w kierunku miasta Ho Chi Minh, to niewielki wycinek potężnego drogowego projektu Trans-Asia (Asian Highway), znany również jako AH. Jest to projekt powstały w wyniku współpracy między krajami w Azji, Europie, Organizacją Narodów Zjednoczonych oraz Komisją Ekonomiczno-Społeczną Azji i Pacyfiku (ESCAP) w celu poprawy systemów autostrad na obszarze Azji. Projekt ten ma także za zadanie połączyć kraje Europy i Azji linią europejsko-azjatyckiej autostrady. Jest to jeden z trzech projektów rozwoju infrastruktury transportowej w Azji, na które składają się: Trans-Asia Drogowa (Asian Highway - w skrócie AH ), Trans-Asia Kolejowa (Trans-Asian Railway - TAR)) oraz projekt ułatwienia transportu drogowego..


Rzeki Wietnamu – wodne drogi handlowe oraz system nawadniania pól ryżowych..
Kilkanaście kilometrów za przejściem granicznym droga przecina koryto jednej z kilku większych rzek, płynących przez obszar Wietnamu do Morza Południowochińskiego.. Rzeka nosi nazwę Vam Co Dong, a jej źródła mają swój początek na nisko położonych równinach Kambodży, w prowincji Prey Veng. Jej łączna długość wynosi ponad 280 km, z czego na terenie Wietnamu 180 km. W swym końcowym biegu, przepływając po zachodniej stronie aglomeracji Ho Chi Minh, łączy się z korytem rzeki Vam Co, która z kolei wpływa do rzeki Soai RAP i Morza Południowochińskiego. 
Rzeki w Wietnamie to olbrzymia infrastruktura wodna, ułatwiająca życie wielu mieszkańcom. Ponieważ rzeka Vam Co Dong posiada wiele małych dopływów, jest bardzo wygodną drogą wodną dla ruchu handlowego, transportu towarów z morskiego nadbrzeża w głąb kraju i odwrotnie.. Rzeka meandruje przez tereny bogatych wsi obu krajów i przynosi spory roczny dochód mieszkańcom wybrzeża. Rzeki takie jak Vam Co Dong, obfitują także w ryby, co sprzyja rozwojowi rybołówstwa śródlądowego..


Rzeka Vam Co Dong odegrała w historii Wietnamu także dużą rolę strategiczną. Była sceną wielu zaciekłych bitew zarówno w wojnie z francuskimi kolonizatorami, jak i podczas Wojny Wietnamskiej z oddziałami amerykańskimi..


A teraz drugi ze wspomnianych wcześniej elementów krajobrazu wietnamskiego, będący jakby stałą widokówką, ukazującą tereny poza miejskimi aglomeracjami. To rozległe pola ryżowe w różnym stadium uprawy.


Wietnam przez większą część swojej historii był i jest jednym z największych eksporterów ryżu pośród wszystkich krajów na świecie. 
Tzw. mokre uprawy ryżu w Wietnamie sięgają czasów neolitu kultury Hoa Binh i kultury Bac Son. Pola ryżowe w Wietnamie są dominującymi gruntami w dolinie Czerwonej Rzeki i delcie Mekongu. W delcie Rzeki Czerwonej na północy Wietnamu, kontrolowane, sezonowe powodzie nadrzeczne (zalewiska) uzyskuje się poprzez rozbudowaną sieć grobli, która na przestrzeni wieków osiągnęła łączną długość około 3000 km. W delcie Mekongu na południu Wietnamu, jest przeplatany system kanałów odwodnienia i nawadniania, który stał się symbolem w tej dziedzinie upraw. Kanały służą także jako szlaki komunikacyjne, dzięki czemu rolnicy mogą przewieźć swoje produkty na rynki handlowe.


W górzystych terenach północno-zachodniej części Wietnamu, Tajowie zbudowali także "doliny kulturowe", oparte na uprawie kleistego ryżu, obsadzanego na tzw. tarasowych stokach.


KAODAIZM – Synkretyczna religia jedności
czyli
jak być po trosze buddystą, chrześcijaninem, konfucjanistą, islamistą i judaistą.
Po około 40 minutach jazdy, od momentu przekroczenia granicy, autokar zatrzymuje się na rozległym parkingu w centrum niewielkiego miasta o nazwie Tay Ninh. Położone jest ono ok. 100 kilometrów na północny-zachód od naszego dzisiejszego celu podróży - miasta Ho Chi Minh (Sajgonu)…
Tay Ninh to światowa stolica Apostolska kaodaizmu - oryginalnej, monoteistycznej religii wietnamskiej, której nazwa pochodzi od imienia boga Cao Dai, co oznacza „Najwyższego Pana”. Pośrodku dużego, pustego placu wznosi się podłużny, dwupiętrowy budynek, otoczony podcieniami krużganków, pokryty łamanym dachem z czterema wysokimi, ozdobnymi wieżami, symbolizującymi największe religie, z których kaodaizm czerpie inspiracje. To Wielka Boska Świątynia Kaodaistyczna, która jest zarazem głównym ośrodkiem kościoła kaodaistycznego. Świątynia została zbudowana na przestrzeni lat 1933/1955 i podobnie jak religia kaodaistyczna, jest fuzją wielu światowych wpływów religijnych. Świątynia w Tay Ninh jest ważnym ośrodkiem pielgrzymkowym, jak również jedną z głównych atrakcji turystycznych Wietnamu.


Zanim wejdziemy do środka tego niezwykłego obiektu, parę zdań wyjaśnienia czym jest owa religia kaodaistyczna, na jakich jest oparta zasadach i strukturach, oraz kim są wyznawcy kaodaizmu..
Kaodaizm jest religią monoteistyczną, synkretyczną, łączącą w sobie elementy buddyzmu, chrześcijaństwa, konfucjanizmu, taoizmu, świeckiej filozofii, a w mniejszym stopniu również islamu i judaizmu.


Człowiek jest z natury istotą religijną. Szukanie Boga ma zakodowane w sobie. Wielość religii na świecie zachęca do tworzenia nowych, własnych. Tak było w przypadku urzędnika kolonialnej francuskiej administracji w Wietnamie - Ngô Văn Chiêu, który w latach 1919–1926 organizując seanse spirytystyczne, doznawał w ich trakcie objawień. W 1926 roku podczas jednego z takich seansów, ukazał mu się bóg Cao Dai. Przekaz zawierał boskie imię Cao Dai, od którego wzięła się nazwa religii, oraz wizerunek boskiego oka, które stało się symbolem nowej wiary.


Kaodaiści to wegetarianie i pacyfiści, opierający swą religię na wielu nurtach religijnych. Kaodaizm głosi braterstwo ludów, łącząc w sobie elementy nauczania, wiary, praktyki i historii. Wyznawcy uważają, że czerpią pełnymi garściami to, co najlepsze ze wszystkich światowych religii - taoizmu, buddyzmu, konfucjanizmu, islamu, chrześcijaństwa, judaizmu, dżinizmu.. 
Z katolicyzmu kaodaizm czerpie między innymi strukturę i hierarchię (mamy tam nie tylko papieża, ale i kardynałów, biskupów oraz kapłanów), 
z buddyzmu reinkarnację dusz i etyczny nakaz poszanowania życia. Podobnie jak w katolicyzmie istnieje tu kult świętych, jednak dobór osób jest tutaj bardzo różnorodny i… luźny. Wśród świętych znajdziemy Jezusa, Buddę, a nawet Wiktora Hugo, Charlie’ego Chaplina, Joannę D’arc czy Lenina (!).


Czas na obejrzenie wnętrza świątyni, a w trakcie zwiedzania opowiem jeszcze kilka ciekawych faktów, związanych z kaodaizmem... Główne wejście do wnętrza świątyni prowadzi przez ciekawy, kolorowy portyk wsparty 4 kolumnami, ponad którymi zabudowano półokrągły balkon. Po obydwu stronach portyku wznoszą się ponad 20-metrowe wieże..


Kiedy podchodzę bliżej, w centralnym miejscu ściany portyku, ponad półokrągłym balkonem, dostrzegam wspomniany wizerunek „boskiego oka”, które nieustannie zerka na odwiedzających świątynię przybyszy.. Jak podpowiada mi wietnamski przewodnik, jest to konkretnie Lewe Oko Boga, symbol stwórcy wszechrzeczy boga Cao Dai. Kaodaiści twierdzą, że jeżeli judaizm jest pąkiem, chrześcijaństwo kwiatem, to dopiero kaodaizm jest owocem wiary i najwyższym etapem objawienia. Symbol oka Cao Dai pojawia się również w centralnym miejscu Wielkiej Świątyni Kaodaistycznej na głównym ołtarzu, a także na wszystkich okiennych witrażach..


Gdzie Lenin może być świętym.!!.
Kilkanaście minut temu minęło południe. Mamy szczęście, ponieważ codziennie w samo południe w świątyni odbywa się jedno z trzech nabożeństw, które turyści mogą obserwować ze specjalnego tarasu wewnątrz budynku. Mogą obserwować, nie mogą jednak w nich uczestniczyć. Przyglądniemy się zatem dokładnie religijnym obrzędom kaodaistów.. Na chodniku przed świątynią ściągam sandały i wchodzę do jasnego, chłodnego wnętrza. Widok ogromnej, kolorowej, kościelnej nawy momentalnie zaskakuje, przytłacza i wzbudza podziw. Pośród feerii tysięcy barwnych zdobień znaleźć można misterne rzeźby azjatyckich smoków i charakterystyczne dla tej części świata symbole, jak choćby kwiat lotosu. Wokół głównego ołtarza rozlokowano posągi Buddy, Chrystusa, Konfucjusza oraz obrazy tzw. Wielkich Natchnionych (świętych): Viktora Hugo, Sun Yat-sena i Nguyen Binh Khiema.


Główne miejsce na ołtarzu zajmuje OKO BOGA na tle błękitnego globu, w otoczeniu gwiazd.


W czasie modlitw wokół katedry wyznaczone są strefy, w których nie może stanąć ludzka noga. Podczas nabożeństw (trzy dziennie) można zobaczyć wiernych ubranych w białe szaty oraz kapłanów w strojach czerwonych (hinduizm, buddyzm, islam), niebieskich (chrześcijaństwo), żółtych (taoizm, konfucjanizm). Hierarchia i struktura kościoła kaodaistycznego podobna jest nieco do kościoła katolickiego. Na jego czele stoi papież, któremu podlegają kardynałowie, biskupi i księża. Kaodaizm podkreśla równość pomiędzy kobietami i mężczyznami zarówno w życiu świeckim jak i duchowym, choć dwie najwyższe funkcje w kościele – kardynała i papieża piastować mogą wyłącznie mężczyźni. Kapłanem może zostać zarówno mężczyzna jak i kobieta, i żadnego z nich nie obowiązuje celibat.


Nabożeństwu towarzyszy muzyka na żywo. Słychać ją dolatującą z górnego balkonu. Turyści mogą oglądać ceremonię z górnych balkonów, zatem ruszam w tamtym kierunku, by zobaczyć co to za „boysband” tak rzępoli... Kiedy wchodzę na pięterko, muzyka wzmaga się coraz wyraźniej. 
Wokół okrągłego, drewnianego stołu dostrzegam 7-osobową orkiestrę. Panowie w białych strojach rzępolą (bo grą bym tego nie nazwał) na różnego rodzaju strunowo-smyczkowych instrumentach, wydając z nich skrzecząco-piskliwe dźwięki w typowo azjatyckim klimacie. 
Z boku kilkuosobowy żeński chórek podśpiewuje do rytmu religijną pieśń....


Przesuwam się pomiędzy kilkunastoma turystami w kierunku balustrady balkonu, by spojrzeć na kościelną nawę z góry.. Widok jest naprawdę niezwykły.. Kilkuset wyznawców Cao Dai ubranych w śnieżnobiałe stroje, siedzi w kilku rzędach na kolorowej posadzce, powtarzając za kapłanem zgodnym chórem słowa modlitwy.. Z tyłu za uszami słyszę piskliwą wietnamska muzę.
Ta młoda religia jest trzecią co do wielkości w Wietnamie po buddyzmie i rzymskim-katolicyzmie. Kiedy w roku 1934 twórca i założyciel kaodaizmu - Le-van-Trung „wyinkarnował” się z tego świata, jego sekta miała tylko  
300 tysięcy wiernych. Kaodaizm szybko zdobył wielu wyznawców, czego wyrazem był fakt, że w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia nowa religia konkurowała z kościołem katolickim o wpływy w Południowym Wietnamie. Raporty wskazują, że na początku lat 90-tych kaodaizm miał około 2 milionów wyznawców - w Wietnamie, Kambodży, Francji i USA. Obecnie kaodaiści twierdzą, że jest ich około 6 milionów. W komunistycznym Wietnamie, religia ta została praktycznie zablokowana, a Kapłańska Hierarchia została rozwiązana. Z tego powodu wielu adeptów Cao Dai emigrowało i są rozrzuceni po całym świecie, propagując swoją religię. 
W Kalifornii jest około 2 tysięcy wyznawców Cao Dai. Po latach prześladowań Kościół Cao Dai jest obecnie tolerowany przez socjalistyczne władze Wietnamu, a jego świątynie i święta przyciągają wielu zachodnich turystów.

 

Nie wszyscy święci balują w niebie…  

A teraz rozwinięcie tytułowej myśli - Lenin jako postać święta..  

Lenin ?? Polak pomyśli: zbrodniarz, twórca komunizmu, symbol wroga. Wietnamczyk pomyśli: święty !!!.. Jak to możliwe?. A możliwe. Wystarczy, że się jest wyznawcą kaodaizmu… Kaodaizm w swej istocie opiera się na kulcie Istoty Najwyższej Cao Dai i duchów wielkich ludzi. I teraz sedno sprawy - Świętym Cao Dai może zostać każdy, który wniesie duchową czy intelektualną moc do świata. Lista świętych w kaodaizmie szokuje. Są wśród nich m.in.: Joanna d’Arc, Thomas Jefferson, Jezus, Budda, Konfucjusz, Mahomet, Lew Tołstoj, Ludwik Pasteur, Juliusz Cezar, Mark Twain, William Szekspir, Rene Descartes, Winston Churchill, Charlie Chaplin, Włodzimierz Ilicz Lenin oraz Maria Skłodowska-Curie. Wybitna Polka znalazła się w tym zacnym gronie niewątpliwie dzięki swoim odkryciom w dziedzinie chemii i fizyki, ale pewnie i dlatego, że Wietnam był francuską kolonią, a urodzoną w Warszawie (w Królestwie Polskim) noblistkę Francuzi chętnie uważają za swoją bohaterkę narodową. W Wietnamie wśród kaodaistów jest znana jako pani Curie…



Po półgodzinnym pobycie w świątyni Cao Dai wychodzę na zewnątrz. 
Plac wokół opustoszały, tylko paru turystów po zakończeniu zwiedzania, ubiera pozostawione wcześniej na chodniku obuwie.. Spoglądam na swoje bose stopy i w tym momencie wybucham śmiechem… Zapomniałem o moich sandałach !!!. Gdybym nie spojrzał w kierunku świątyni, zapewne poszedłbym na bosaka do autokaru. Ale jestem gapa..!!. Tak wygodnie spacerowało mi się bez butów...


NUI BA DEN – CZARNA LADY
Kiedy zasiadam w naszym podróżnym autokarze, na zegarku jest punktualnie godzina 13-ta. Ruszamy w dalszą drogę.. Drugi cel na trasie przed dotarciem do miasta Ho Chi Minh, to słynny partyzancki system tuneli w dystrykcie Cu Chi – symbol walki oddziałów Vietkongu z obcymi wojskami (czytaj – amerykańskimi) podczas wojny wietnamskiej w latach 1957-1975.. Odległość jaką mamy do pokonania to około 90 km. Powinniśmy tam dotrzeć za niespełna półtorej godziny.. Zajmuję miejsce przy oknie z aparatem w ręku, mając nadzieję na ciekawe fotki podczas jazdy..
Dziesięć kilometrów na północny wschód od Tay Ninh, z rozległej, płaskiej równiny Mekongu, ponad zielonymi polami uprawnymi ryżu, kukurydzy, manioku i plantacjami drzew kauczukowych, wyrasta w górę na wysokość 996 m n.p.m. wygasły wulkan – Nui Ba Den, w tłumaczeniu Czarna Lady.. Góra jest niemalże idealnym stożkiem żużlowym z siodłem wulkanicznym i lekkim wybrzuszeniem na jej północno-zachodniej stronie. Zalesiony, zielony masyw podziurawiony jest jaskiniami i pokryty na zboczach dużymi bazaltowymi głazami.


Pomimo stosunkowo niedużej wysokości, z uwagi na panujący w delcie Mekongu dość wilgotny klimat, wokół wierzchołka góry często zbierają się kłębiaste, białe obłoki, które nakrywają jak kapeluszem szczyt stożka..  
W górnych partiach Nui Ba Den jest o wiele chłodniej, niż w położonej u jej stóp prowincji Tay Ninh, zalegającej zaledwie kilkadziesiąt metrów nad poziomem morza. Góra słynie z kompleksu pięknych świątyń na jej szczycie, które w ciągu wieków służyły jako sanktuaria dla różnych narodów zamieszkujących ten obszar - w tym społeczności Khmerów, Cham, wietnamskiej i chińskiej. Na górze utworzono park rozrywki, gdzie turyści mogą dotrzeć pieszo górskim szlakiem lub kolejką gondolową..


Legenda CZARNEJ LADY
czyli
Opowieść o miłości, wierności i cnocie..
 Istnieje wiele legend i opowieści związanych z górą Czarna Lady.. 
Dla Wietnamczyków góra jest miejscem mitu o wielkiej, lecz tragicznie zakończonej miłości. Legenda głosi, że w drugiej połowie 18 wieku, na skutek walk dwóch klanów - Trinh i Nguyen, nastały ciężkie czasy, a ludzie żyli w ciągłym strachu i nędzy. Piękna młoda dziewczyna o imieniu Ly Thi Thien Huong, pomimo nieustannych zalotów cesarza Nguyen Hue, poślubiła swą prawdziwą miłość, młodego żołnierza imieniem Le Sy. Podczas gdy jej mąż odbywał służbę wojskową, ona odwiedzała codziennie magiczny posąg Buddy na szczycie góry Ba Den, modląc się o jego rychły powrót.. 
Pewnego dnia Huong została zaatakowana przez porywaczy, wysłanników cesarza i uwięziona. Mieszkała w budynku pilnowanym przez porywaczy, ale wciąż była lojalna wobec swojego męża. Pewnego dnia, gdy została siłą zmuszona do aktu seksualnego, wolała wybrać śmierć niż hańbę i rzuciła się w przepaść. Potem pojawiła się w wizji mnicha Abbot, mieszkającego na górze, który wkrótce opowiedział jej historię. Szybko rozeszła się wieść pośród okolicznych mieszkańców o tragicznym losie dziewczyny. 
Ciało Huong zostało przewiezione w wyznaczone miejsce kultu na górze i tam pochowane.. Ludzie zebrali się na górze, aby czcić i modlić się o świętość cnotliwej dziewczyny. Po pewnym czasie wybudowano świątynię na szczycie góry, gdzie wiosną schodzą się pielgrzymki na modlitwę za cnotliwą Huong.
Poniżej - Miejsce kultu Huong na górze Ba Den (fotografia wikipedia.org.)


Z góry Nui Ba Den rozciąga się rozległy widok na leżące w dole tereny. 
Jej strategiczną lokalizację wykorzystały partyzanckie oddziały Viet Minhu i Viet Congu zarówno podczas pierwszej wojny indochińskiej przeciwko francuzom, jaki i w czasie zaciekłych walk z armią amerykańską podczas wojny wietnamskiej. W czasie wojny wietnamskiej teren wokół góry był bardzo aktywny. W maju 1964 roku wierzchołek został zaatakowany przez siły specjalne 3-go batalionu Korpusu Piechoty Morskiej (Marines)
Wojsko amerykańskie opanowało szczyt, budując na nim radiową stację przekaźnikową. Amerykanie przez większą część wojny kontrolowali górne partie wzniesienia, zaś oddziały partyzanckie Vietkongu panowały niepodzielnie w dolinach i na okolicznych pasmach gór, przez co zaopatrzenie na szczyt Czarnej Pani dostarczano amerykanom helikopterami..


Nocą 13 maja 1968 roku, kiedy w bazie na szczycie Ba Den (Czarna Pani) przebywało ponad 140 Amerykanów, baza została zaatakowana i opanowana przez Vietkong. Jednak już kolejnego dnia - 14 maja o godzinie 02:30, oddziały Vietkongu zostały wyparte przez amerykańskie samoloty bojowe i ostrzał artyleryjski wzgórza. W styczniu 1969 roku cały masyw górski został gruntownie przeszukany przez kilka batalionów piechoty amerykańskiej, wspartych czołgami i lotnictwem.. W podziemnych tunelach i jaskiniach na zboczach Czarnej Pani, Amerykanie znaleźli partyzanckie składy broni i zaopatrzenie oddziałów Vietkongu. U schyłku wojny w 1973 roku, amerykańska baza na szczycie góry została całkowicie zlikwidowana...


Stożek góry Ba Den pozostaje za nami, a autokar szybko mknie na południe w kierunku dystryktu Cu Chi, gdzie mamy zamiar trochę się przeczołgać w dawnych partyzanckich tunelach Vietkongu... Obszar, przez który teraz przejeżdżamy, to nie tylko zielone, ryżowe pola, ciągnące się na rozległych równinach Niziny Mekongu, to także uprawy kauczukowca oraz palmy kokosowej.. Za kilka minut zatrzymamy się na jednej z takich plantacji..


Kauczuk naturalny  czyli GUUUMMAAA…
Wzdłuż asfaltowej drogi, po jej obydwu stronach ukazują się równiutko posadzone szpalery drzew kauczukowych.. Autokar zatrzymuje się na poboczu, na krótki postój. Zabieram aparat i wraz z resztą towarzyszy podróży wysiadam na rozprostowanie nóg.. Palacze od razu „puszczają” dymka, a ja „za-puszczam” się w kauczukowy lasek..


W wyniku kilku reform rolnych, Wietnam stal się dominującym eksporterem rolnych produktów. Jest on obecnie największym na świecie producentem orzechów nerkowca (1/3 światowej produkcji), największym producentem czarnego pieprzu (1/3 światowego runku) i drugim na świecie eksporterem ryżu po Tajlandii. Mało kto wie, że Wietnam zajmuje także drugie miejsce na świecie w produkcji kawy tuż po Brazylii.. Trzy inne podstawowe kierunki wietnamskiego eksportu to produkcja herbaty, kauczuku naturalnego i rybołówstwo. Jako że wędruję teraz w cieniu koron kauczukowców, mała charakterystyka tego egzotycznego drzewa i samej produkcji kauczuku
w której Wietnam zajmuje bardzo wysokie, piąte miejsce na świecie..


Kauczuk, potocznie zwany naturalną gumą, to polimer pod postacią chemicznej substancji o dużej masie cząsteczkowej.. Kauczuk jest składnikiem lepkiego soku mlecznego pewnych odmian drzew i roślin dwuliściennych. Ów biały, lepki, mleczny sok to tzw. lateks. Najczęściej do produkcji kauczuku wykorzystywany jest sok mleczny kauczukowca brazylijskiego, gwajuli srebrzystej i mniszka kok-sagiz. Na terenie Azji Południowo-Wschodniej lateks pozyskiwany jest głównie z drzewa Kauczukowca brazylijskiego (Hevea brasiliensis), uprawianego w wilgotnym, tropikalnym klimacie.


Migracja Kauczukowca brazylijskiego
z Ameryki do Azji..
Wykorzystanie kauczuku przez człowieka rozpoczęło się w Ameryce Centralnej jeszcze przed jej odkryciem przez Kolumba. Stosowaną nazwę uzyskiwanej z soku drzew elastycznej masie nadali Indianie. Europejczycy, którzy przybyli na kontynent amerykański, nie tylko przejęli technikę pozyskiwania kauczuku, lecz także rozprzestrzenili uprawy na inne obszary.
Wiecznie zielone drzewa Kauczukowca brazylijskiego (Hevea brasiliensis) należą do rodziny Euphorbiaceae (wilczomleczowatych). W stanie dzikim Kauczukowiec brazylijski rośnie w Ameryce Południowej (las tropikalny nad Amazonką, Orinoko, Rio Negro, w Gujanie), ale w drugiej połowie XIX wieku został wprowadzony do Azji Południowo-Wschodniej przez brytyjskich kolonizatorów. Dojrzałe drzewa w rodzimym siedlisku (lasy Amazońskie) dorastają do około 25-30 metrów wysokości i ponad 
1 metrowej średnicy pnia..


W 1876 roku brytyjski podróżnik Henry Wickham przebywając w Santarém na terenie Brazylii, zgromadził około 70.000 nasion Kauczukowca brazylijskiego. Nie mając pozwolenia na wywóz nasion, dokonał on pewnego oszustwa, które w późniejszym czasie spowodowało spadek dochodów z kauczuku w Ameryce Południowej. Przekręt polegał na tym, 
Wickham w celu uzyskania pozwolenia na wywóz, zdeklarował w porcie Belém nad Amazonką swój towar jako martwy materiał botaniczny, przeznaczony do herbarium (zielników) w Europie. Proceder kradzieży nasion się powiódł i drogą morską dotarły one do Kew Gardens (Ogrodów Królewskich) w Londynie. Stąd sadzonki wysyłano do Cejlonu (obecnie Sri Lanka), na Półwysep Malajski, do Singapuru, Tajlandii, Afryki, Dżakarty i innych tropikalnych miejsc, skazując tym samym Amazonię na kauczukowy krach..


Uprawa drzew kauczukowych.
Lateks na terenach Indochin pozyskiwany jest głównie z drzewa Kauczukowca brazylijskiego (Hevea brasiliensis), doskonale zaaklimatyzowanego w wilgotnym, tropikalnym klimacie.. Najbardziej odpowiednie warunki klimatyczne do optymalnego wzrostu drzew kauczukowych to: obfite opady deszczu przez co najmniej 100 dni w roku, zakres temperatur około 20 do 34 ° C, o średniej miesięcznej od 25 do 28 ° C, wysoka wilgotność powietrza około 80%, gleby dobrze nawodnione, brak silnych wiatrów oraz dobre nasłonecznienie, przez co najmniej sześć godzin dziennie w ciągu całego roku. 
Drzewa na plantacjach są sadzone w równych rzędach, rozmieszczonych co 6 metrów i w odległości co 3 metry pomiędzy poszczególnymi drzewami w rzędzie. Jeden hektar upraw to od 350 do 500 drzew. Z każdego drzewa można uzyskać około 5 kg suchego surowca, co odpowiada rocznej wydajności upraw na poziomie 2000 kg/ha. W zależności od klimatu i lokalizacji, pierwsze zbiory lateksu uzyskuje się z drzew siedmioletnich. Całkowity okres życia gospodarczego plantacji drzew kauczukowych wynosi około 32 lata - do 7 lat faza niedojrzała i około 25 lat faza produkcyjna. Starsze drzewa produkują więcej lateksu, ale maksymalnie przez 25-30 lat.
 

Pozyskiwanie lateksu w drzewa kauczukowego.
Biały, lepki mleczny sok drzewa kauczukowego odprowadzany jest z pnia drzewa poprzez odpowiednie nacięcia w korze i zbierany w naczyniach, 
w procesie zwanym "tapping". Operacja nacinania kory na pniu drzewa nie jest zbytnio skomplikowana, wymaga jednak pewnej wprawy i musi być przeprowadzona o odpowiednim czasie.. Zabieg wykonuje się wcześnie rano, gdy ciśnienie soku wewnątrz drzewa jest najwyższe. Jeśli cięcia wykonywane są pod koniec dnia, wydajność lateksu będzie mniejsza. Ostrym nożem ogrodniczym o zakrzywionym ostrzu tzw. sierpakiem, nacina się cienką warstwę świeżej kory drzewa w kształcie litery V. Nacięcie musi być precyzyjne, nie za głębokie i mieć odpowiednio szeroko wyżłobiony rowek. Zabieg nacinania wykonują tzw. tappersi. Jeden tappers wprawiony w tym fachu, może oprawić pień drzewa w standardowym systemie pół spirali w ciągu 20 sekund. W ciągu jednego dnia „tappers-nacinacz” jest w stanie wykonać zabieg na korze 450-650 drzew.


U dołu nacięcia, do pnia drzewa mocuje się małą, ocynkowaną rynienkę spełniającą rolę wylewki, a pod nią naczynie, dawniej zrobione ze skorupy orzecha kokosowego obecnie w formie glinianej, ceramicznej miseczki, do którego spływa sok mleczny (lateks). Lateks kapie z drzewa przez około cztery godziny, po czym zaczyna gęstnieć pod wpływem tlenu w procesie koagulacji, aż do momentu całkowitego skrzepnięcia na spustowej rynience, blokując w naturalny sposób proces wypływu soku spod kory drzewa. Zbierany jest po 5-8 godzinach od momentu nacięcia drzewa, najczęściej w południe. Drzewa zazwyczaj nacina się co drugi lub trzeci dzień, dając im nieco odpocząć...


Proces wstępnej obróbki lateksu.
Zebrany płyn jest wstępnie oczyszczany i stabilizowany, a następnie przewożony do zakładów przemysłowych, wytwarzających przedmioty z kauczuku lub już na plantacji suszony i formowany w bryły o masie 33 kg, wykorzystywane później w przemyśle. Wysokiej jakości kauczuk ma jednolitą konsystencję i żółta barwę. Stabilizację soku mlecznego przeprowadza się substancjami alkalicznymi np. amoniakiem. 
Ostateczny produkt, stanowiący surowiec w przemyśle gumowym, uzyskuje się w wyniku koagulacji soku i jego zagęszczenia. Zagęszczenie zawartości kauczuku wykonywane jest zwykle poprzez odwirowanie lub częściowe odparowanie wody. Koagulacja następuje po zakwaszeniu (kwas mrówkowy), zamrożeniu lub dodaniu soli rozpuszczalnych w wodzie. 
W końcu formuje się go w bryły lub przeprowadza walcowanie uzyskanej tekstury na prasach. Powstałe arkusze gumy suszy się i przygotowuje do transportu w celu dalszego przetwarzania.


Lateksowe El Dorado..
Kauczuk naturalny z uwagi na dużą rozciągliwość, sprężystość oraz wodoodporność ma szerokie zastosowanie w gotowych produktach lub w połączeniu z innymi materiałami. Z kauczuku wytwarzanych jest ponad 
40 000 wyrobów, w tym ponad 400 wyrobów medycznych od smoczków i higienicznych zabawek dla dzieci, poprzez rękawiczki, uszczelki, dętki, opony samochodowe, kalosze, maty, wycieraczki, oploty kabli itd..itd


W modzie damskiej panie również mogą wybrać dla siebie coś ekstrawaganckiego, wykonanego z lateksu..


Panowie także niejednokrotnie chcą być „modni” i często nie mogą się obejść bez odlotowych, lateksowych wyrobów, z tego powodu producenci prześcigają się w kolorystyce...


Na mobilizujący okrzyk - ..„Jedziemyyyy”, ruszam w kierunku autokaru. 
Po kilku minutach znowu pędzimy na południe, w kierunku dystryktu Cu Chi.. Czterdzieści lat temu w miejscach, przez które przejeżdżamy, były tylko zgliszcza. Dziś bujna roślinność dawno już pokryła leje po bombach. 
Teren porastają zielone lasy bambusowe.


Tunele CU CHI
czyli
jak krety dały łupnia szczurom..
Kwadrans po godzinie 15-tej zajeżdżamy na niewielki parking samochodowy, otoczony zielenią drzew.. Obok kilka punktów z napojami, jakieś sklepik z pamiątkami. Dotarliśmy do Cu Chi, legendarnego miejsca gdzie znajduje się sieć podziemnych tuneli Vietkongu, najbardziej znana „pamiątka” po wojnie wietnamskiej, która stała się atrakcją turystyczną.


Przed kasami zero turystów. Jesteśmy jak na razie jedyną grupą, zamierzającą zwiedzać tunele. Przewodnik załatwia bilety. Cena wstępu na teren kompleksu 90 000 dongów = 4,2 $ = ok.15 PLN.


Kiedy zatrzymujemy się w oczekiwaniu na bilety, zerkam na wielką tablicę z planem obiektu, który będziemy zwiedzać.. To tylko mikroskopijny wycinek potężnej sieci tuneli ciągnących się niegdyś od Sajgonu pod granicę Kambodżańską, szacowanej na ok. 320 kilometrów długości..!!!.


Na początek mała salka – Galeria Broni, gdzie w szafkach i przeszklonych gablotach zgromadzono kilkadziesiąt egzemplarzy różnego rodzaju karabinów maszynowych i ręcznej broni ciężkiej, używanej przez partyzanckie oddziały Vietkongu.


CHLEBOWIEC RÓŻNOLISTNY – drzewo bochenkowe
Po kilku minutach fascynacji bronią wychodzę na zewnątrz galerii. 
Obok budynku ciekawe drzewo, „obsypane” niemalże na każdej gałęzi olbrzymią ilością dużych, zielonych, porowatych owoców.. 
To Chlebowiec różnolistny (Artocarpus heterophyllus Lam.) – gatunek rośliny z rodziny morwowatych. Nazywany też drzewem bochenkowym. Pochodzi z Indii, jest uprawiany również w wielu innych rejonach świata 
o klimacie tropikalnym (powszechnie w Indonezji i Indochinach).  
Drzewo dorasta do 25 m wysokości. Roślina zimozielona. W tkankach znajduje się sok mleczny. Rozmnaża się za pomocą nasion. Drewno chlebowca cenione jest w meblarstwie, kolorem przypomina mahoń. Z drewna uzyskuje się żółty barwnik, wykorzystywany w Tajlandii do barwienia szat mnichów buddyjskich.


Ciemnozielone, błyszczące, całobrzegie liście, dochodzące do długości 15 cm, to tylko tło dla wielkich, zielonych owoców. Owoce drzewa bochenkowego nazywane są dżakfrutami. Wyrastają prosto z pnia, osiągają 30–90 cm długości, 20–25 cm średnicy i przeważnie 5–10 kg masy, wyjątkowo do 35 kg. Są największymi owocami na świecie, rosnącymi na drzewie.  
Owoc pokryty jest licznymi krótkimi i tępymi kolcami.


Po rozcięciu dżakfruta ukazują się liczne nasiona. Jeden owoc zawiera 100–600 nasion. Owoce spożywa się zarówno na surowo, jak i po poddaniu obróbce termicznej. Miąższ jest dość soczysty, ciemno-żółty, odznacza się intensywnym, upajającym zapachem.


Nasza grupka zebrała się już w całości, możemy więc ruszać dalej... Podziemnym przejściem, gdzie znajdują się wejściowe bramki kontrolne, punkt kontroli biletów i skanery prześwietlające podręczny bagaż, przechodzimy na teren kompleksu tuneli Cu Chi..


W objęciach dżungli…
Po drugiej stronie podziemnego przejścia wkraczam w zalesiony teren wietnamskiej dżungli, gdzie pośród gęstwiny zarośli dominują wysokie bambusowe pędy. Kilkadziesiąt metrów przede mną dostrzegam parę niskich, podłużnych, drewnianych szałasów, zadaszonych palmowymi liśćmi.. Wtopione w zieloną ścianę drzew, tworzą coś w rodzaju niewielkiej, tubylczej wioski..


Na wydeptanej, suchej, gliniastej ziemi wokół szałasów ustawiono kilka drewnianych, „koślawych” ławek. Jednym słowem – harcerski biwak z czasów PRL-u, brakuje tylko latryny z żerdką..


Zanim zdążyłem usiąść na momencik w cieniu tropikalnych drzew, dobiega nasz młody, wietnamski przewodnik i gestykulując dość energicznie, zaprasza wszystkich do pobliskiego szałasu, gdzie znajduje się niewielka salka prelekcyjna. Zapowiada krótki seans filmowy z kilkunastominutową prelekcją o wojnie wietnamskiej i systemie tuneli..


Kiedy schodzę z resztą naszej grupki parę stopni w dół, pod zadaszenie z palmowych liści, ogarnia mnie przyjemny chłód i lekki półmrok.. 
W szałasie na ubitej ziemi ustawiono dwa rzędy drewnianych ławek,
zaś z przodu pomoce multimedialne.


W lewym rogu salki duża mapa z siecią tuneli, rozmieszczeniem poszczególnych punktów dowodzenia, podziemnych szpitali i składów amunicji, w prawym rogu podświetlana makieta przedstawiająca pionowy przekrój podziemnego labiryntu tuneli, zaś pośrodku monitor do prezentacji filmów. Obowiązkowym i nieodłącznym elementem sali jest oczywiście żółta gwiazda na czerwonym tle i portrecik wiecznie żywego wujka Ho (Ho Chi Minha), którego duch będzie unosił się nad nami podczas całej wyprawy po Wietnamie..


Szukając dogodnego miejsca, wybieram pustą ławeczkę pod ścianą szałasu-ziemianki. Kiedy odkładam torbę ze sprzętem fotograficznym, nagle coś szybko przebiega pod moimi stopami. Odruchowo podnoszę sandały z gliniastego klepiska i w tym momencie pod nogami dostrzegam pokaźnych rozmiarów krocionoga.. W przeciwieństwie do podobnej, jadowitej skolopendry ta duża, ponad 20 centymetrowa stonoga, nie jest groźnym osobnikiem. Przerażać może jedynie jej rozmiar, ponieważ krocionogi w tropikach osiągają długość do 30 cm.. Podłużny tułów zbudowany z 11-120 segmentów, zaopatrzony jest w parzyste odnóża kroczne. Na segmentach 2-4 znajduje się po 1 parze odnóży, na pozostałych po 2 pary. Tułów na przodzie wieńczy jedna para długich szczęk. Miłe zwierzątko, ale po nogach łazić mi nie musi..!!


Wojenna historia powstania tuneli…
Zajmujemy miejsca w kinie „pod chmurką”, a właściwie pod palmowymi liśćmi i zaczynamy powoli wtapiać się myślami w wojenne czasy.. Czarno-biały film dokumentalny o okrucieństwach wojny, jakich dokonali w Wietnamie Amerykanie, uzmysławia choć w ułamku, co się tutaj działo i uświadamia jakie piekło na ziemi jest w stanie stworzyć człowiek drugiemu człowiekowi..
Wietnam to piękny kraj, ale niezwykle doświadczony przez wojnę. Wietnamczycy utarli nosa Amerykanom dzięki determinacji, odwadze i niezwykle zmyślnemu systemowi tuneli. Istnienie podziemnych tuneli Cu Chi, to stosunkowo mało znany, ale bardzo interesujący aspekt wojny w Wietnamie. Walka pomiędzy partyzantami Vietkongu a amerykańskimi żołnierzami była niezwykle frapująca, zwłaszcza dla tych drugich.


Tunele Cu Chi to wielokilometrowa sieć podziemnych korytarzy w wietnamskiej prowincji Cu Chi. Stanowią one tylko część dużo potężniejszej całości infrastruktury podziemnych labiryntów, pokrywającej znaczny obszar terytorium kraju. Jak podają w książce "Wietnam - podziemna wojna" dziennikarze BBC - Tom Mangold i John Pencat, tunele w pełnym wymiarze liczyły 320 kilometrów !!!. Ciągnęły się od przedmieść Sajgonu do granicy z Kambodżą. Łączyły wioski, miasta i dystrykty.
Poniżej - Mapa tuneli na obszarze Cu Chi.


Pierwsze tunele w dystrykcie Cu Chi zostały wykopane w latach 40-tych i 50-tych XX wieku, podczas I wojny Indochińskiej (1946-1954), gdy oddziały wietnamskiego Viet Minhu rozpoczęły walkę z francuskimi kolonistami w Indochinach. Ich główną rolą było ukrywanie partyzantów, utrzymywanie łączności między wioskami oraz omijanie francuskich patroli. Oblicza się, że w ciągu I wojny Indochińskiej wykopano 48 km tuneli. 
Do czasu przybycia na teren Wietnamu Południowego wojsk amerykańskich, liczba ta wynosiła już 200 km. W latach 60-tych podczas wojny z Amerykanami sieć została rozbudowana do 320 km !!!. Stworzono w ten sposób największy system tuneli na świecie. Tunele stały się obsesją Amerykanów. Vietkong wykorzystywał je bezlitośnie do ataków na bazy amerykańskie w pobliżu Sajgonu. Były jednym z czynników decydujących o zwycięstwie komunistycznej Północy nad armią USA – chroniły przed bombardowaniami i służyły jako szlaki komunikacyjne. 
W setkach pomieszczeń pod ziemią znajdowało się wszystko, co było potrzebne do życia i walki, nawet studnie. W podziemnych magazynach przechowywano broń i zapasy żywności, organizowano szpitale, warsztaty rusznikarskie, a przede wszystkim – centra dowodzenia partyzantów.


Teren wokół Cu Chi, na północy-zachód od Sajgonu, w czasie wojny wietnamskiej był ważny zarówno dla wojsk amerykańskich jak i partyzantów Vietkongu. Obszar ten w dominującej większości był opanowany przez siły Narodowego Frontu Wyzwolenia Wietnamu Południowego (zwane przez Amerykanów Viet Congiem albo też V. C. - Victor Charlie), które były wspierane przez Wietnam Północny. Amerykanie wspólnie z żołnierzami Wietnamu Południowego zbudowali wokół tego terenu trzy bazy na kształcie trójkąta, aby nie dopuścić wroga do przedostania się do Sajgonu. Z kolei dla Wietnamczyków z Północy na terenie Cu Chi łączyły się szlaki zaopatrzeniowe partyzantki, prowadzące z Kambodży. Jak z tego widać, tunele były dużym zagrożeniem dla Sajgonu, 
a obecność w tym rejonie wrogiej partyzantki, absorbowała stacjonujące 
w dystrykcie dywizje amerykańskie..


Kończy się krótka prelekcja na temat wojennej amerykańskiej ekspansji, roli tuneli i zadań jakie spełniały podczas działań partyzanckich. Czas na realne zapoznanie się z osiągnięciami partyzanckiej sztuki wojennej, oglądnięcie zmyślnych pułapek w dżungli i przeczołganie się odcinkiem podziemnej sieci tuneli.. W drogę..
Za wietnamskim przewodnikiem ruszamy wyznaczoną ścieżką w głąb tropikalnego lasu.. Przez gęstwinę drzew promienie popołudniowego słońca nie przedzierają się tak łatwo, mimo to jest bardzo parno i po skroniach spływają kropelki potu..


Dziury w ziemi dla chudzielców i hobbitów...
Maszerujemy „gęsiego” kilka minut, rozglądając się wokół. Idę na końcu grupy z moim przyjacielem Jorgusiem. Nagle od przodu, kilkadziesiąt metrów przed nami, słychać głośny okrzyk przerażenia. Widzę jak kilka osób zatrzymuje się pośrodku lasu i zbiera w kółeczku, bacznie spoglądając na leśną ściółkę.. Kiedy dochodzimy do czoła grupy sprawa wyjaśnia się bardzo szybko.. Dosłownie spod ziemi, a właściwie spod zalegającej tutaj warstwy liści, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczyna unosić się w górę mała, kamienna pokrywa przysypana liśćmi. Z miniaturowego otworu o przekroju prostokąta 40 x 30 cm wysuwa się para szczupłych rąk i w końcu mała głowa w zielonym kapeluszu.. Po paru sekundach ukazuje się uśmiechnięta twarz młodego Wietnamczyka, który spogląda na nas z nieukrywaną dozą radości, widząc po naszych minach wyraz maksymalnego zaskoczenia, spowodowany jego nagłym pojawieniem się na poboczu ścieżki..


Wejścia do tuneli i podziemnego miasta znali tylko wtajemniczeni. 
Były świetnie zamaskowane bujną roślinnością, a dodatkowo chronione pułapkami, których zadaniem było nie tyle zabić, co okaleczyć i unieruchomić nieproszonego gościa.. Trzeba było naprawdę wytrawnego oka, aby je dojrzeć. Kilka listków ułożonych na poboczu ścieżki w znany tylko partyzantom sposób, określało miejsce włazu, maskującego wejście w głąb tuneli.. Włazy były budowane co 50 metrów. Wejścia do tuneli znajdowały się nie tylko w dżungli, ale także w wioskach wietnamskich, w chlewach dla świń czy pod kuchniami. W zamaskowanych szybach, tzw. pajęczych dziurach, siedzieli snajperzy, którzy nagle pojawiali się na powierzchni, eliminowali idącego na „szpicy” amerykańskiego żołnierza, po czym znikali w plątaninie tuneli doprowadzając Jankesów do szału.


Kiedy 25 Dywizja Piechoty Amerykańskiej założyła bazę w dystrykcie Cu Chi, na byłej plantacji orzeszków arachidowych, żołnierze nie mieli najmniejszego pojęcia, że pod ziemią kłębił się labirynt tuneli, w których kryli się partyzanci. Amerykanie przez pewien czas nie mogli zrozumieć, jakim cudem wróg pojawia się nagle w środku ich obozu niczym duch, przeprowadza atak, a następnie znika, jakby zapadł się pod ziemię... 
A Vietkong zapadał się pod ziemię w dosłownym znaczeniu tego słowa. Dopiero szpiedzy oraz pojmani jeńcy zostali zmuszeni do wyjawienia sekretu, ale nawet mimo tego Amerykanie mieli problemy z lokalizacją wejść do tuneli i nie zdawali sobie sprawy, jak wielka jest sieć labiryntów.


Psy tropiciele.
Amerykanie początkowo zakładali, że do tropienia Wietnamczyków w tunelach będą wykorzystywali psy. W pewnym momencie sprowadzili 3000 trenowanych owczarków niemieckich, ale nawet psy nie były w stanie poradzić sobie w labiryncie niskich tuneli. Owczarki niemieckie choć niezwykle czujne i bystre psy, wpadały jednak w makabryczne pułapki. Czujność psów tępiono chili oraz pieprzem, które rozsypywano w pobliżu włazów wejściowych. By jeszcze bardziej zmylić ich węch, Wietnamczycy kradli z magazynów amerykańskich mydło i tytoń. Kradzieże były możliwe bez większych problemów, ponieważ Amerykanie wybudowali jedną z baz tuż nad systemem tuneli. Na psy zastawiano pułapki z bambusowymi dzidami w środku, do których Wietnamczycy wsadzali na wabia jedzenie. 
Straty w psach były tak wielkie, że szybko zaniechano akcji z ich udziałem. 


Skomplikowany system labiryntów..
Po małej prezentacji zamaskowanego włazu do podziemnych tuneli, czas zaglądnąć w ich wnętrza.. Kilkadziesiąt metrów dalej, na małej wykarczowanej polance, pod zadaszeniem odkryto specjalnie dla turystów jedno z wejść do podziemnego labiryntu tuneli. Zwiedzającym udostępniono tylko niewielki ułamek z ogromnego systemu podziemnych korytarzy.  
Tunel ma 100 metrów długości, a ci którzy w trakcie zwiedzania poczują napad klaustrofobii, mogą wydostać się na powierzchnię po 10, 20 lub 30 metrach specjalnym wyjściem awaryjnym. Na udostępnionym odcinku korytarz został minimalnie powiększony i zabezpieczony dla potrzeb turystów, w paru miejscach zamontowano niewielkie lampki oświetlające drogę. Jak się okaże w trakcie przejścia, cały korytarz pokonam „w kucki”, 
a w newralgicznych miejscach na czworakach..


Zanim zagłębię się w wąskie, ciasne, podziemne tunele, kilka słów o ich schemacie konstrukcyjnym..
Vietkong w latach 60-tych wydał specjalny podręcznik, w którym scharakteryzowano wytyczne budowy korytarzy, wchodząc w najrozmaitsze szczegóły inżynieryjne. Były one tak skonstruowane, aby w miarę ułatwiać życie pod ziemią, zapewnić bezpieczeństwo przed wykryciem, chronić przed bombami i pociskami artyleryjskimi. Tunele kopano w większości ręcznie, używając niewielkich motyk i łopat. Praca była żmudna i mozolna. Plusem było to, że pod obszarem Cu Chi zalegała warstwa gliniastej ziemi, jakby stworzona do „rzeźbienia” w niej kilometrów tuneli, niczym dziur w szwajcarskim serze. Kopaniem zajmowali się wieśniacy. Każdy bez względu na wiek miał swój udział w pracach. Na powierzchni maskowano obszar, pod którym ciągnęły się tunele. Wymieniano zwiędłe rośliny na żywe, uprzątano zeschnięte liście. Ziemia wynoszona z szybów była używana do budowy domów, zagród dla zwierząt. Zasypywano nią także leje po bombach lub transportowano, o ile była taka możliwość, przy pomocy bawołów w odległe miejsca. Tunele były na tyle niskie, że nie można się w nich było wyprostować i wąskie, by trzeba było się przez nie przeciskać pojedynczo. Korytarze były pełne zakrętów, aby wróg nie widział, co jest przed nim. 
Z wietnamskiej instrukcji technicznej, która wpadła Amerykanom w ręce, wynikało, że tunele nie miały być ani proste, ani wijące się jak wąż, lecz tworzyć zygzaki o kątach między 60 a 120 stopni, tak aby ich konstrukcja utrudniała oddawanie strzałów. Przekroje tuneli miały się mieścić w wymiarach: od 0,8 m do 1,2 m szerokości oraz maksimum 0,8 metra wysokości..  


Wchodzimy w ciemną, wąską dziurę, a ja po drodze będę dalej opowiadał o tunelach..


Opowieści ciąg dalszy…
Tunele Cu Chi były w stanie wytrzymać przejazd 50-tonowego czołgu oraz większość ataków bombowych. Jak powiedziałem wcześniej, gleba na tym obszarze to przede wszystkim glina, w której łatwo było kopać tunele, jednak ma ona także inną właściwość, o której Amerykanie zapomnieli, zrzucając na ten teren napalm. Rozgrzana gliniasta gleba pod wpływem ogromnej temperatury napalmu zastygała niczym lawa i tunele twardniały jak gliniany garnek po wypaleniu w piecu.
W niektórych miejscach tunele miały trzy poziomy. Drążono je na głębokości 3, 6 i 8-10 metrów, które był tak połączone i zabezpieczone, że nawet po wrzuceniu do środka gazu czy podpaleniu, można było w miarę bezpiecznie uciec w inne miejsce. W niektórych miejscach tunele tak się zwężały, 
że przez szczelinę ledwo co mógł przecisnąć się szczupły Wietnamczyk, 
a goniący go Amerykanin w mundurze musiałby tam utknąć. Dodatkowo działał w nich system wentylacji, co ułatwiało przetrwanie ataków gazowych, przeprowadzanych przez Amerykanów oraz system odprowadzania wody, aby mieszkańcy nie potopili się podczas monsunowych deszczy. 
Idealne warunki geologiczne zapewniały odpowiedni poziom wody. Z reguły pojawiała się ona dopiero na 9 metrach głębokości, a nigdy na mniej niż 6. Wietnamczycy w tunelach budowali więc specjalne syfony wodne, które wykorzystywano potem jako bufory do ataków gazowych.
Przeciskam się na kolanach za wietnamskim przewodnikiem, który rozświetla mrok tunelu małą podręczną latarką. Jak widzicie nie jest tutaj komfortowo. Przy moim słusznym wzroście 184 cm składam się w tej kreciej norze wpół jak scyzoryk, a dodatkowo robi się coraz bardziej duszno..


Codzienne życie podziemnego miasta
W sieci podziemnych tuneli partyzanci mieszkali, mieli tam stanowiska dowodzenia, małe pomieszczenia sypialne, kuchnie (dym odprowadzano przez kilka komór filtrujących i wypuszczano na powierzchnię z oddalonych od siebie kominów), szpitale polowe, magazyny żywności, broni i amunicji, warsztaty rusznikarskie, drukarnie oraz podziemne ujęcia wody (co było pokazane na schemacie). W warsztatach produkowano broń. Z metalowych puszek, pozostawionych w dżungli przez amerykańskich żołnierzy i zniszczonych podczas walki opon samochodowych, powstawały granaty, 
a długopisy Parker 57, w których wietnamscy saperzy instalowali ładunki wybuchowe, zamieniały się w małe miny pułapki. 38-letni sierżant Ariel Gutierrez, dowodzący kompanią A z 4 Batalionu 25 Dywizji Zmechanizowanej, wspominał: "Nasze straty były tak wielkie między innymi dlatego, że nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, skąd Vietkong bierze swoją broń, te wyrzutnie rakietowe i cholerne wielkie działa, strzela z nich, potem chowa i znów strzela".
Tom Mangold i John Pencat opisują, jak w komorach o wysokości pięciu metrów Wietnamczycy przechowywali amunicję artyleryjską do działek bezodrzutowych kalibru 57 milimetrów, montowali armaty i wielkie moździerze. Demontowali je na zewnątrz tuneli, przenosili do środka, montowali i konserwowali, potem znów rozbierali, aby ponownie złożyć je na zewnątrz. Szpitale czy warsztaty produkujące broń były oświetlane za pomocą żarówek, zasilanych zazwyczaj z prądnic napędzanych siłą rąk bądź nóg. Luksusem były agregatory spalinowe. W pozostałych przypadkach ciemności rozświetlały kaganki olejowe robione na bazie butelek czy łusek po pociskach.


Pomimo starań wietnamskich inżynierów, życie pod ziemią nie było przyjemnością, czego właśnie w tej chwili doświadczam na własnej skórze.. Ufff, kolejne kilkadziesiąt metrów za nami. Droga ciągnie się niemiłosiernie z uwagi na wolne posuwanie się do przodu, poza tym załomy i zakręty tunelu nie pozwalają zobaczyć co jest przed nami.. Rozświetlające tunel malutkie, nikłe światełka praktycznie giną w mroku. Gdyby nie podręczne latarki, byłoby tu ciemno jak za przeproszeniem „w d..ie u murzyna”..


Jeśli chodzi o załatwianie potrzeb fizjologicznych, to wietnamscy inżynierowie nie mogli wymyślić żadnej sieci kanalizacyjnej. Zazwyczaj w tunelach wykopywano dół do wiadomych celów. Ewentualnie instalowano gliniane dzbany, które za każdym razem zatykano pokrywami. Do tego smrodu dochodził „zapach” spoconych i niemytych przez wiele dni ciał. Oczywiście w takich warunkach nie było mowy o utrzymywaniu świeżości produktów żywnościowych. Lodówek Vietkong nie posiadał. Mieszkańcy tuneli próbowali wyprawiać się do rzek, by łowić ryby. Na powierzchni sadzili maniok czy kasawę. Polowali także na szczury, które były częstym składnikiem diety partyzanta Vietkongu. Życie w tunelach było bardzo niebezpieczne również dla Wietnamczyków. Oczywiście nie wszystkie tunele były w stanie wytrzymać uderzenie pocisku czy bomby. Ponadto w tunelach mieszkały węże, jadowite pająki, szczury i skorpiony. Śmiercionośne żniwo zbierała malaria, a praktycznie wszyscy ludzie, spędzający dużo czasu w tunelach cierpieli z powodu chorób pasożytniczych. Podobno jedynie 1/3 z 18 000 mieszkańców tuneli przeżyła. Inni zginęli od ataków amerykańskich, węży, szczurów i insektów. Mimo to partyzanci starali się zachować pozory normalnego życia. W tunelach zaręczano się, brano śluby, a nawet rodziły się dzieci. Działały szkoły, hodowano drób, oddawano cześć przodkom... Nawet w skrajnych warunkach ludzie pragnęli chociaż namiastki zwyczajnego życia w ogniu wojny..


Mój przewodnik w zielonym uniformie zniknął przez moment w jednej z bocznych wnęk, ale na szczęście pojawił się ponownie. Ufff, co za ulga zobaczyć Wietnamca w tunelu.. Amerykanie zapewne się tak nie cieszyli...


W tunelach było gorąco, wilgotno i duszno. Komory były większe, ale same tunele nie dawały możliwości wyprostowania się. Część tuneli miała tak skonstruowane wejściowe szybiki, że wchodzący do środka żołnierz amerykański mógł początkowo wsunąć jedynie nogi, po chwili odwrócić i wcisnąć się dalej. Przez kilka chwil był całkowicie bezbronny, a czekający w pobliżu wejścia Wietnamczyk nie miał problemu, żeby wbić w Amerykanina nóż, udusić go garotą czy zastrzelić. Zwłoki takiego żołnierza tarasowały przejście, dając partyzantom Vietkongu czas na odwrót lub przygotowanie kolejnych pułapek. Zanim Amerykanie wyciągnęliby rannego lub zabitego towarzysza mijało sporo czasu.


Za kolejnym załomem tunelu w świetle latarki ukazuje się przykucnięty w bocznej niszy jeden z Wietnamczyków, zabezpieczających odcinek turystycznej trasy. Za jego plecami znajduje się mały szybik, prowadzący do wyjściowego otworu na powierzchnię. Jest to wyjście awaryjne, w razie zasłabnięcia lub ataku klaustrofobii przeciskających się tunelem turystów.


Szczury kontra krety..
Obraz podziemnego życia oraz walki toczonej przez Vietkong przeciwko amerykańskim żołnierzom w czasie wojny wietnamskiej nie byłby pełny, gdybym w tym miejscu nie opowiedział historii założenia i działalności jednego z najbardziej niezwykłych zespołów, elity amerykańskiej armii w Wietnamie, jakim były „Szczury tunelowe” – Tunnel Rats


Istnienie podziemnych wietnamskich tuneli było problemem amerykańskiej bazy w Cu Chi, jak i zagrożeniem dla bezpieczeństwa Sajgonu. W styczniu 1967 r. Amerykanie przeprowadzili największą operację wojskową pod kryptonimem „Cedar Falls”, której celem było zniszczenie jednostek Vietkongu ukrywających się w tunelach w tzw. „Żelaznym Trójkącie”, na obszarze po północnej stronie Sajgonu. Zaangażowanych zostało 30 tysięcy żołnierzy. Rezultatem akcji było zdobycie setek sztuk broni i min, ponad siedmiu tysięcy mundurów i czterech tysięcy ton ryżu (ilość wystarczająca do wyżywienia przez rok 13 tysięcy partyzantów). Przejęto pół miliona stron dokumentów. 750 zabitych Wietnamczyków zgłoszono jako "potwierdzonych nieprzyjaciół" i wzięto do niewoli 280 podejrzanych o przynależność do Vietkongu. Zginęło także 72 Amerykanów, a 337 zostało rannych. Podczas operacji wg danych amerykańskich zniszczono 525 tuneli. Natomiast Wietnamczycy orzekli po wojnie, że nie było ich więcej jak 100. 
W okresie od maja do grudnia 1967 roku, 25 Dywizja Piechoty US przeprowadziła operację „Kole Kole”, która przyniosła odkrycie 577 tuneli wroga.


Szczególnie sprawni w wykrywaniu tuneli byli żołnierze „Zielonych Beretów”. Nauczeni doświadczeniem Wietnamczycy często ustawiali pułapki w miejscach, gdzie odległość między dwoma punktami była najkrótsza, ponieważ Amerykanie często wybierali drogę na skróty. W tunelach wykopanych dla drobnej budowy Wietnamczyków, Amerykanie z trudem mogli opanować klaustrofobię. Generał William Westmoreland, który dowodził amerykańskimi wojskami w Wietnamie w latach 1964-1966, napisał w pamiętnikach: "Nikt dotąd nie zademonstrował jeszcze większej umiejętności ukrywania swoich obiektów niż Wietkong. Byli ludźmi kretami". 
Żołnierze amerykańscy nie byli szkoleni do walki w takich warunkach, dlatego ich pierwszy kontakt z Vietkongiem pod ziemią nie mógł zakończyć się sukcesem. Jankesi próbowali za pomocą tłumaczy nakłonić wroga do poddania się. Używali także granatów dymnych, aby spróbować wykurzyć nieprzyjaciela. W końcu wysadzali znaleziony tunel, ale „Charlie’s”, jak nazywano partyzantów Vietkongu, znikali w podziemnym labiryncie. Niedoświadczeni w walce w nowym terenie, Amerykanie i ich sojusznicy, m.in. Australijczycy i Nowozelandczycy ponosili straty.


W tych okolicznościach, w czerwcu 1967 roku Amerykanie powołali zespół "szczurów tunelowych", który wchodził w skład sekcji wywiadu i rozpoznania 1 Batalionu Inżynieryjnego. W bazie w Cu Chi działała specjalna szkoła dla „szczurów tunelowych".
Z „wietnamskimi kretami” podjęły walkę „amerykańskie szczury”. Specjalnie przygotowywani żołnierze-ochotnicy, musieli charakteryzować się zarówno odpowiednimi warunkami fizycznymi, jak również niezwykle silną psychiką.. Byli to przede wszystkim szczupli, drobni i niscy mężczyźni, aby mogli względnie swobodnie poruszać się w ciasnych tunelach.  
„Szczur tunelowy” należał do elity amerykańskiej armii w Wietnamie. Wyposażony w nóż, krótką broń palną i latarkę, wyglądał i zachowywał się jak prawdziwy wojownik. Przypominał bardziej samuraja niż typowego żołnierza amerykańskiego lat sześćdziesiątych. Wczołgując się do podziemnych tuneli, toczył w mroku wojnę z często niewidzialnym przeciwnikiem. Działał jak bezwzględny morderca, lecz gdy wychodził cało na powierzchnię, zostawał bohaterem. 
- .. „Byłem szczurem mordercą. Wyszkolono mnie, żebym zabijał. Czułem wówczas większy strach niż kiedykolwiek później" - wspominał jeden ze „szczurów tunelowych”, żołnierz 25 Dywizji Piechoty - Harold Roper
w książce napisanej przez dziennikarzy BBC o podziemnej wojnie w Wietnamie. 
- .. „Vietkong zbierał po bitwie swoich zabitych i składał w tunelach. Nie chcieli, żebyśmy policzyli ich poległych. Gdy znaleźliśmy martwych na dole śmierdziało koszmarnie. Trafiłem kilkakrotnie na rozkładające się ciała. Nie brzydziłem się. Byłem po prostu zwierzęciem. Wszyscy byliśmy zwierzętami, psami, wężami, brudem. Nie byliśmy ludźmi. Ludzie nie robią takich rzeczy. Byłem szczurem o zatrutych zębach. Wyszkolono mnie bym zabijał. I zabijałem…” – wspomina Harold Roper.


Ci z reguły drobni mężczyźni ściągali z siebie oporządzenie i wchodzili do podziemnych labiryntów, uzbrojeni jedynie w pistolet, nóż, latarkę oraz sznur. Pistolety były zaopatrzone w tłumik. Po znalezieniu się pod ziemią strzelali przed siebie z pistoletów w ciemną otchłań tunelu, by „wyczyścić” sobie drogę.. Jedynym źródłem światła w ciasnych tunelach były ich latarki. Początkowo były to standardowe wojskowe latarki, dopiero później mocowano je na głowach, tak aby „szczury” miały wolne obie dłonie. Amerykanie obwiązywali sobie także kostki za pomocą sznura, aby w razie eksplozji czy zranienia, mogli zostać szybciej wyciągnięci przez kolegów czuwających na powierzchni..


 „Szczury tunelowe” musiały charakteryzować się niezwykle mocną psychiką, ponieważ w tunelach można było bardzo łatwo wpaść w klaustrofobię. W środku tuneli było ciasno, wilgotno i chłodno. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy znajdujemy się w ciasnym i ciemnym tunelu. Nie wiemy co jest przed nami. W każdej chwili sufit może zwalić się nam na łeb i pogrzebać nas żywcem, a w dodatku z rożnych stron możemy śmiertelnie oberwać od niewidzialnego Wietnamca.. Każdy ze „szczurów tunelowych” stosował własną taktykę poruszania się w szybach. Bardziej doświadczeni udzielali cennych rad żółtodziobom. Walczący w tunelach Amerykanie byli instruowani o wszelkiego rodzaju pomysłach, jakie przychodziły do głowom Wietnamczykom, aby skutecznie zwalczać wrogą obecność w tunelach. Niejednokrotnie minowane były zwłoki zabitych partyzantów, pojemniki z mapami i rozkazami, które z ochotą zabierali amerykańscy żołnierze czy pozostawiona broń. Niektóre tunele były tak ciasne, że aby móc się wycofać, żołnierz poruszał się do tyłu „rakiem”.


Z czasem, gdy Amerykanie zaczęli szkolić specjalne jednostki zwane szczurami tunelowymi, Vietkong zastosował okrutną metodę blokowania przekroju tunelu przy wejściowych szybach... „Szczur tunelowy” otwierał właz bardzo ostrożnie. Oddychał z ulgą, gdy nie zginął od wybuchu granatu. Potem jednak musiał pokonać wejście do dziury. Najpierw wkładał w ciemność ręce, potem głowę... W ciemnej wnęce szybiku siedział Wietnamczyk z włócznią i momentalnie zadawał mocny cios w gardło bezradnego „szczura”. Grot przebijał szyję żołnierza i wbijał się w ścianę. Amerykanin umierał w męczarniach, blokując swoim ciałem przejście. Wietnamczyk się oddalał.


Podziemna walka 
czyli
pułapki-niespodzianki czekające na nieproszonych gości..
Amerykanie uznali zburzenie tuneli za punkt honoru. Udało im się zniszczyć wiele z nich dopiero na koniec wojny. Wcześniej jednak musieli wykarczować całą dżunglę. Na początku próbowali stosować napalm, ale to dawało inny efekt od zamierzonego. Tunele po ataku napalmem stawały się twarde jak kamień i jeszcze trudniej było je zniszczyć. Cały sztab naukowców pracował w USA nad sztuczkami technicznymi, które pozwolą na skuteczną walkę w tunelach. Amerykanie wpuszczali do tuneli acetylen. Po podpaleniu go, eliminował on tlen z atmosfery i był śmiertelnym zagrożeniem dla Wietkongu. Sprytni Wietnamczycy stosowali więc w tunelach korki z pni drzewa kauczukowego !!!. Amerykanie musieli zatem zniszczyć kauczukowe lasy i zrobili to, zrzucając na tereny wokół Cu Chi słynny środek chemiczny Agent Orange, który niszczył roślinność. Aby wykurzyć wroga z szybów, Amerykanie używali miejscami miotaczy płomieni. Do wnętrza wlewano benzynę, którą następnie podpalano. Wietnamczycy, którzy nie zdążyli uciec ginęli w strasznych męczarniach. Tunele Cu Chi zalewano także wodą i wprowadzano do nich trujący gaz, ale to również nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, ponieważ Wietnamczycy budowali syfony wodne, które tworzyły naturalne filtry przed atakiem gazowym.. Nowoczesne urządzenia się nie sprawdzały. „Szczury tunelowe” stosowały małe pistolety, sprawdzone latarki, jednak Wietnamczycy mieli cały system ochrony przed ich atakiem. Włazy były budowane co 50 metrów, tunele kopano zakosami, a wejście do tunelu dawało szansę 50/50, że się stamtąd wyjdzie żywym..


Wojna w tunelach była okrutna. Vietkong stosował niezwykle wyrafinowane pułapki. Początkowo tunele próbowali penetrować niedoświadczeni żołnierze, którzy kończyli marnie. Wietnamczycy podkładali ładunki wybuchowe pod włazy. Jeśli wejście nie było zaminowane”, żołnierz natykał się na inne pułapki.
A oto kilka przykładów takich „pułapek-niespodzianek”
- Czołgający się Amerykanin trącał podwieszoną puszkę, z której do wnętrza tunelu wypadały skorpiony.
- Wietnamczycy wtykali do bambusa żmiję, przywiązując ją drutem. 
Gdy Amerykanin podszedł zbyt blisko trącali ją i wściekła żmija gryzła w kark bezradnego Jankesa.
- Niekiedy w tunelach przygotowywano do walki ule szerszeni albo specjalnych pszczół tresowanych wcześniej do ataku !!!
- Pudełko ze śmiercionośnymi skolopendrami było równie nieprzyjemne, 
jak to ze skorpionami.
- Granaty z puszek po coca-coli świetnie się sprawdzały, a zawleczki były bardzo często mocowane na korzeniach w tunelach.
Do granatów ładowano kawałki żelaza, szkła, gwoździe, żeby rany były jak najbardziej dotkliwe.


- Popularne były dobrze zamaskowane dziury z palikami bambusowymi (punji), nasmarowanymi odchodami (zakażenie gwarantowane) albo trucizną zwaną Trąbą słonia, która zabijała w 20 minut.
- Niekiedy pułapki były proste. Czasem był to pocisk artyleryjski zakopany 
w ziemię z zapalnikiem naciskowym.


- W tunelach montowano kuszę-pułapkę z bełtem. Po zerwaniu sznurka, napięta cięciwa wypuszczała bełt, posyłając w ciemność śmiercionośną broń.


Tunele posiadały szereg rozgałęzień i dodatkowych zamaskowanych wnęk, w których czekali partyzanci uzbrojeni w karabiny. Kiedy partyzant usłyszał zbliżających się Amerykanów, czekał aż przerwą oni ogień i wychylał się znienacka, puszczając serię w kierunku wroga.


Dywanowe naloty B-52
Amerykańskie lotnictwo przeprowadzało zmasowane naloty na dystrykt Cu Chi. Największe zniszczenia w tunelach spowodowały dywanowe bombardowania ze słynnych bombowców-superfortec B-52. Amerykanie tak bardzo chcieli zniszczyć tunele, że postanowili wyprodukować bomby o opóźnionym działaniu, które eksplodowały po zagłębieniu się na metr w ziemię. Wybuch wywoływał miejscowe trzęsienie ziemi, które niszczyło nawet najtrwalsze ściany tuneli. Bomby z B-52 drążyły leje nawet do 
20 metrów głębokości !!.
"Dywanowe bombardowania B-52 odniosły skutek tam, gdzie zawiódł gaz CS i ładunki niszczące (...), doprowadziły do tego, że Wietkong nie mógł korzystać z dużej części tuneli" - opowiadał dziennikarzom BBC major Nguyen Quot z północnowietnamskiej armii, który w tunelach spędził pięć lat. Wszystkich tuneli jednak nie zniszczono. Cześć z nich nadal spełniała swoją funkcję. Niszczone przez wojska amerykańskie szyby, były częstokroć odbudowywane przez Wietnamczyków.


Gdy wojna zbliżała się do końca, dżungli nad tunelami już nie było. 
Była jałowa pustynia, praktycznie bez roślinności. Odkryte tunele niszczyły specjalnie przystosowane do tego spychacze. Mimo że dystrykt Cu Chi był najsilniej bombardowanym i zagazowywanym regionem w czasie całej wojny (został zniszczony w 70 procentach), tunele do końca pozostały bazą wypadową partyzantów z Vietkongu. Generał brygady Ellis W. Williamson, dowódca 173 Brygady Powietrznodesantowej opowiadał: "Pracowałeś, wysadzałeś, wywalałeś w powietrze i znowu pracowałeś, a systemy tuneli wciąż istniały. Były tak rozległe i głębokie, i w tak wielkiej ilości, że zniszczenie ich było fizyczną niemożliwością". 
Dzięki temu można dziś podziwiać to niezwykłe miejsce.


Powolutku posuwamy się do przodu w świetle latarek. Jeszcze tylko jeden załom, zejście małym szybikiem 2 metry w dół i słyszę jak kilka metrów przede mną, ktoś woła że to już koniec, że widać wyjściowy właz.


Kiedy na kolanach schodzę w kierunku szybiku, idący przede mną wietnamski przewodnik odwraca się i pokazuje ręką na coś pod ścianą tunelu. W świetle latarki dostrzegam dużego, czarnego skorpiona, pełzającego po ziemi.. Odruchowo przytulam się do przeciwległej ścianki tunelu i szybko zasuwam do przodu.. Z takim stworzonkiem nie warto mieć bliskich kontaktów..


Po 100 metrach pełzania i obijania sobie kolan oraz łokci w ciasnym, klaustrofobicznym i cholernie dusznym tunelu, spocony ale z uśmiechem na twarzy wychodzę na powierzchnię, gdzie czeka już mój przyjaciel Jorgi z aparatem fotograficznym, aby uwiecznić ten finałowy moment.. 
Nie umiem sobie wyobrazić, jak w takich tunelach można było żyć latami. 
To było prawdziwe piekło pod ziemią. Wietnamczycy musieli pokonywać np. 5-cio kilometrowe odcinki oryginalnych, węższych tuneli, aby dostać się do amerykańskiej bazy. Niesamowite, ile pracy, zdrowia i wytrzymałości musiało ich to kosztować. Pokonując osobiście niewielki odcinek podziemnego labiryntu, rodzi się we mnie podziw dla ludzi żyjących w takich warunkach..


Nasza grupka w komplecie, ruszamy w dalszą wędrówkę po dżungli.. Wydeptaną ścieżką, prowadzącą pośród bujnej zieleni, zmierzamy w kierunku kolejnych obiektów w sektorze Cu Chi.. W pewnym momencie, po lewej stronie ścieżki dostrzegam coś, co jest absolutnym omamem wzrokowym. W pierwszym odruchu staję jak wryty i powoli podnoszę obiektyw aparatu. Przede mną wije się kłębowisko wielkich węży !!.. Po paru sekundach, kiedy wzrok zaczyna reagować prawidłowo, rozpoznaję że to nie węże, lecz fantastycznie splecione liany..


Tropikalna dżungla to nie tylko gęsta, zielona roślinność, to także jej mieszkańcy, ci mali i ci duzi.. Dużych tutaj nie widziałem, za to kilka okazałych krocionogów, zwanych u nas popularnie stonogami, dostrzegłem na pniach drzew. Oto jeden z nich - Red millipede (diplopoda)..


Dżungla kryje wiele niespodzianek.. Co jakiś czas z zielonej gęstwiny drzew wyskoczy na ścieżkę wszędobylski fotoreporter....


Można się także natknąć na grupkę partyzantów z Vietkongu.....


Na środku ścieżki napotykam dziwny, gliniasty kopiec i wyrastające z niego zielone drzewko.. Wietnamski przewodnik zwraca uwagę na niewielki, niepozorny otwór u podstawy kopca. To otwór wentylacyjny, przez który następuje cyrkulacja powietrza w podziemnym korytarzu. Przy tak rozległym i skomplikowanym systemie podziemnych tuneli, co pewien odcinek korytarza przebijano na powierzchnię niewielki otwór wentylacyjny, przez który wlatywało bądź wylatywało powietrze. Otwory takie musiały być dobrze zamaskowane, by wróg nie mógł przez nie wpuścić trującego gazu.. Obecnie obok kopca prowadzi turystyczna ścieżka dla zwiedzających i otwór po uważnym spojrzeniu jest widoczny, lecz gdy wokół rosła gęsta roślinność dżungli, taka dziurka była zupełnie niewidoczna…


Wymyślne, śmiercionośne pułapki..
Po kilku minutach marszu, ścieżką wiodącą przez tropikalną dżunglę, docieramy do kolejnego stanowiska w sektorze Cu Chi, gdzie pod zadaszeniem z palmowych liści zaprezentowano kilka wymyślnych wariantów pułapek, stosowanych przez Vietkong w leśnych ostępach.


Jak już wspominałem, poza zagrożeniami i śmiertelnymi pułapkami pod ziemią, dla nieproszonych gości kręcących się na powierzchni po leśnych traktach i wokół wejść do tuneli, Wietnamczycy przygotowywali całą gamę przeróżnych pułapek. Naciskowe miny, "pułapki na tygrysa", czyli zamaskowane doły z zaostrzonymi dzidami, zabójczymi bambusowymi kolcami i zatrutymi strzałami, ruchome, obrotowe klapy, które po nadepnięciu usuwały się spod stóp, a żołnierz wpadał na ostre metalowe szpikulce, nadziewając się na nie jak na rożno, itp.,itp..


Maszerując przez dżunglę trzeba było rozglądać się dosłownie wszędzie. Pułapki pod nogami nie były jedynym zagrożeniem. Można było się natknąć także na latające niespodzianki.. Wietnamczycy byli mistrzami w zastawianiu pułapek spadających z wysokich drzew. Po nadepnięciu przez przechodzącego żołnierza na niewidoczny sznurek lub gałązkę, uruchamiał się system naciągu pułapki, po czym z wysokiego drzewa zlatywała przywiązana na lianach kłoda z drewnianymi kolcami, specjalnie skonstruowana betonowa kula z metalowymi kolcami lub inne latające, śmiercionośne przedmioty.. Podobno 17 % amerykańskich żołnierzy odniosło w wojnie z Wietnamczykami rany nie w walce, lecz przez takie właśnie pułapki.


Pod zadaszeniem znajdującym się kilkadziesiąt metrów dalej, można zobaczyć prezentację warsztatu, w jakim partyzanci przygotowywali materiały wybuchowe i miny. Są tutaj także różnego kalibru bomby i bombki (oczywiście nie na choinkę), które zostały wykradzione z magazynów amerykańskiej armii lub zrzucone z samolotów.


Zakopany czołg..
A teraz historia wręcz komiczna... Wietnamski przewodnik prowadzi nas na niewielką polanę, otoczoną zielenią tropikalnej dżungli, gdzie stoi duży, oryginalny amerykański czołg..


Z opowieści wynika, że w 1966 roku Wietkong ukradł żołnierzom Armii Południowego Wietnamu czołg M-48 „Patton”..
Trzy lata później „szczury tunelowe”, amerykańscy żołnierze  penetrujący podziemne tunele Cu Chi, przeżyli delikatny szok i konsternację, kiedy odnaleźli go... 3 metry pod ziemią !!!. Był dokładnie zakopany na głębokości 3 metrów, a wokół niego wykopano tunele. Sztab Vietkongu wykorzystywał czołg jako centrum dowodzenia - działały światła, akumulatory i radio.


Nasza wędrówka po sektorze podziemnych tuneli Cu Chi powoli dobiega końca. Zataczamy pętlę w dżungli, zmierzając w kierunku wyjściowych budynków.. Zanim tam jednak dotrzemy, krótka wizyta na strzelnicy, gdzie można sobie postrzelać z amerykańskiego M-16 oraz słynnego ruskiego „kałacha” czyli AK-47. Cena naboju 1 dolar.


 Głośno tu i „wybuchowo”. Żeby nie ogłuchnąć od karabinowych serii, trzeba mieć na uszach wyciszające słuchawki. Jak widać po minie tej pani, bez słuchawek można dostać „świra” i lepiej się stąd wynosić...
 

Gdy milkną odgłosy wystrzałów, idziemy do tutejszego baru pod palmowymi liśćmi na gotowaną tapiokę, typową potrawę z partyzanckiej kuchni oraz kubek aromatycznej, ziołowej herbaty..


Tunele Cu Chi są do dnia dzisiejszego symbolem oporu komunistów wietnamskich przeciwko Stanom Zjednoczonym. Obecnie część tuneli została udostępniona turystom. Odwiedzają je także weterani armii amerykańskiej. Nasza wędrówka po sektorze Cu Chi dobiegła końca. Kolejna ciekawa pozycja w podróżniczym grafiku została zaliczona.. Parę minut po godzinie 18-tej ruszamy autokarem w kierunku dzisiejszego docelowego punktu – miasta Ho Chi Minh, dawnego Sajgonu.. Do pokonania mamy już tylko niespełna 60 kilometrów trasy, lecz po drodze zatrzymujemy się jeszcze na popołudniowo-wieczorny posiłek i godzinną sjestę.. Późnym wieczorem docieramy na ruchliwe przedmieścia Ho Chi Minh..


 Po kwadransie kluczenia ulicami miasta, podjeżdżamy pod hotel o letniej nazwie „Sun Flower” czyli Słonecznik.. Tutaj spędzimy najbliższą noc, przed jutrzejszym porannym zwiedzaniem miasta..


O warunkach hotelowych rozpisywał się nie będę, ponieważ hotel jest naprawdę wypasioną bazą wypadową po mieście Ho Chi Minh. Pokoje bardzo dobrze wyposażone, na terenie hotelu basen, sauna, masaże itp.. Czegóż chcieć więcej ?… Aaaa.. i wygodne materace w łóżkach !!….
No to dobranoc i do następnego spotkania.. Jutro zwiedzimy miasto Ho Chi Minh, a wieczorem przelecimy wewnętrznymi liniami lotniczymi na północ Wietnamu do Ha Long, ale to już inna historia… Hejjj


KONIEC cz. XIV
C.D.N..