Tajlandia, wczesny majowy ranek, dzielnica Chinatown w Bangkoku.. Kilka
minut po godzinie 5-tej, zacisze hotelowego pokoju „Grand China” wypełnia
natrętny, piskliwy dźwięk budzika.. Rozpoczyna się kolejny dzień mojej podróży
po Indochinach. Dzisiaj opuszczamy przyjazne, kolorowe tajskie klimaty,
wyruszając autokarem z Bangkoku w dalszy etap wędrówki - do Kambodży.. Przez kilka
godzin będziemy jeszcze przemierzać tajską krainę, by około południa
przekroczyć kambodżańską granicę i znaleźć się na khmerskiej ziemi.. W momencie
kiedy to nastąpi, zmieni się diametralnie krajobraz, zmieni się społeczeństwo,
znikną świecące złotem buddyjskie świątynie, znikną wielkie aglomeracje,
zniknie otaczające nas do tej pory bogactwo, skończą się wygodne, szerokie
asfaltowe drogi… Po przewiezieniu naszych bagaży przez kambodżańskich tragarzy
na rozlatujących się drewnianych dwukółkach, jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki, za granicznym szlabanem wkroczymy w kambodżański świat widocznej
biedy, świat ubogiego khmerskiego społeczeństwa, świat ludzi zmagających się z głodem,
brudem, chorobami, by przetrwać kolejny dzień życia..
Ten niezwykle ciekawy kraj jest jednym z najbardziej doświadczonych
przez historię. Burzliwe czasy wojen domowych, najazdów i eksperymentów
społecznych zniszczyły w dużej mierze jego dorobek kulturowy i gospodarkę. Okrutny los w niedawnej przeszłości nie oszczędzał
także biednego, aczkolwiek niezwykle gościnnego i sympatycznego kambodżańskiego
społeczeństwa, stwarzając mu za czasów reżimu Pol Pota i „Czerwonych Khmerów”
piekło na ziemi..
Kraj do którego
zmierzam, poza głównymi miastami prawie nie ma infrastruktury turystycznej, do
tego straszna bieda, brud i problemy społeczne na każdym niemalże kroku – taka
Afryka w Azji. Podczas podróży po Kambodży będzie niejednokrotnie hardcorowo,
ale prawdziwie, bez zbędnych kamuflaży i wypięknionych miejsc „pod” turystyczne
wycieczki.. Zobaczymy khmerski świat „od zaplecza”… Będzie bardzo bidnie, ale pięknie, egzotycznie i
solidnie... W mijanych
po drodze wioskach napotkam khmerskie rodziny żyjące na pograniczu nędzy,
jednak wychowujące młode pokolenie khmerskich maluchów z nadzieją na lepsze
jutro… Podróż po Kambodży nie będzie zwykłą wycieczką, lecz bolesną przeprawą
przez bardzo trudną rzeczywistość i konfrontacją z samym sobą.. Już niedługo sam się o tym naocznie przekonam..
Spotkania w przydrożnych wioskach i miejscowościach z małymi khmerskimi
dziećmi, na długie lata zapadną w mojej pamięci… Ich czarne oczęta,
spoglądające z zaciekawieniem na przyjezdnych turystów, szczerze uśmiechnięte
buzie, a przede wszystkim brak jakiejkolwiek nachalności typu „daj pieniążka”, były dla mnie czymś
niezwykłym w realiach wielkiej biedy..
Khmerskie dzieci nie trudnią się żebractwem… Kiedy na kilku postojach grupki
maluchów zlatywały się wokół autokaru, by zobaczyć „białasów” z Europy, żadne z
nich nie wyciągało ręki po prośbie.. Stały z boku przyglądając się ciekawie,
nie prosząc o nic.. W czasie pierwszego takiego spotkania miałem okazję się przekonać,
jak niezwykle grzeczni są Ci mali obywatele Kambodży.. Przystając w niewielkiej,
przydrożnej, khmerskiej wiosce, ujrzałem jak wokół autokaru zbiegło się nagle kilka
małych, ciekawskich par oczu.. My oglądaliśmy ich, oni nas, dwie różne nacje
społeczne, dwa różne światy dzielące lata świetlne. Kiedy zobaczyłem umorusane,
uśmiechnięte dziecięce buzie z szeroko otwartymi czarnymi oczami, wróciłem do
autokaru. Z podręcznej torby wyciągnąłem wszystkie cukierki, ciastka, gumy do
żucia, jakie zwykle wożę ze sobą na trasę i poleciałem z powrotem do grupki
maluchów. Wręczając każdemu z nich przyniesione słodycze, zostałem nagle mile zaskoczony..
Cała piątka mały Khmerów, nieco onieśmielona i stremowana moim zachowaniem, jak
na komendę uniosła złożone malutkie dłonie na wysokość twarzy i w geście
podziękowania skłoniła się nisko w pół.. Poczułem wtedy wielką sympatię do tych
dzieciaków.. Powiadają że im ktoś biedniejszy, tym większy szacunek okazuje
drugiemu człowiekowi.. Coś w tym jest.. Khmerowie to biedne, ale dumne i naprawdę
przyjazne społeczeństwo, mocno zahartowane w potyczkach z trudnym życiem..
Jest jednak w biednej Kambodży coś, co ściąga turystów z każdego zakątka
świata, dając tym samym nadzieję na poprawę życia jej mieszkańców.. Coś, co
jest światową perełką architektury, kultury i dziedzictwa narodowego – siódmy
cud świata Kompleks świątynny Angkor Wat.. Khmerowie
mają wspaniałą kulturę, którą ostatnio na nowo odkrywają. W dżungli czekają na
podróżnika porośnięte lianami świątynie z XII w.. To właśnie między innymi dlatego wybrałem się w tę
magiczną podróż po Indonezji…
W czasie podróży po Kambodży wyniknie kilka niezwykłych, nieprzewidzianych zdarzeń,
które mile nas zaskoczą, będzie także bardzo dużo egzotyki – dżungle, małpy,
słonie, krokodyle…
…. odwiedzimy farmy wodne przepięknych kwiatów lotosu, popłyniemy w rejs do
„wiosek na wodzie” po niezwykłym jeziorze Tonle Sap…
…. przejedziemy ponad 700 kilometrową trasę, wiodącą przez kambodżańskie
miasteczka i wioski szutrowymi oraz pseudoasfaltowymi drogami, czasem utwardzonymi
gliniastymi duktami, pokonując rozległą Nizinę Mekongu porośniętą w większości
bujnym, zielonym, tropikalnym lasem, aby w końcu dotrzeć do granicy z
Wietnamem, który będzie kolejny celem naszej wyprawy..
Podczas podróży kambodżańskimi bezdrożami, w napotkanych po drodze punktach
oferujących „coś na ząb”, skosztuję
całą listę tamtejszych przysmaków pod postacią szarańczy, świerszczy, żuków,
różnorakiego robactwa, smażonych pająków Tarantuli, węży oraz wielu, wielu innych
potraw, niespotykanych na naszych domowych stołach..

Ze stolicy Tajlandii - Bangkoku do granicy z Kambodżą mamy około 270 km
trasy, potem odprawa paszportowa w granicznym mieście Poipet, przekroczenie
granicy i kolejne 160 km do pierwszej bazy kambodżańskiej w miejscowości Siem
Reap, gdzie „zakotwiczymy się” w hotelu na kilka dni, skąd będziemy wyruszać na
zwiedzanie kompleksu Angkor Wat, obiektów świątynnym w dżungli oraz popływamy
po potężnym jeziorze Tonle Sap.. Tak przedstawia się pierwszy etap
Kambodżańskiej przygody. Poniżej mapka trasy..
Po wczesnym, porannym śniadaniu, nasza ekipa sprawnie pakuje się w chłodne
wnętrze autokaru.. Blonde-bodyguard Klaudia stojąc przy wejściu do autokaru
liczy, liczy, liczy i doliczyć się nie może.. W końcu zjawia się ostatni
spóźnialski, stan zgodny, jest ok.. Jeszcze tylko sprawdzenie bagaży, potwierdzenie
od hotelowej obsługi o formalnym zdaniu pokoi w nienaruszonym stanie,
rozglądnięcie się wokół siebie czy aby czyjś współmałżonek nie miał ochoty
pozostać w tajskiej stolicy rozpusty i w wesołych nastrojach ruszamy w trasę.. Na
zegarku godzina 7:00..
Moje stałe miejsce w autokarze przy oknie pozwoli na pstrykanie fotek w
czasie jazdy i dokładne lustrowanie tego co po drodze będziemy mijać.. Do
granicy mamy ok.270 km, można będzie zatem spokojnie wypocząć w wygodnym,
klimatyzowanym autokarze.. Pierwsze kilkanaście kilometrów jazdy to praktycznie
wydostanie się poza zatłoczone obszary rozległej metropolii Bangkoku. Nie
przewiduję na tym odcinku żadnych szczególnych i godnych uwagi widoków.. Jurek
z Grażyną siedzą za moimi plecami, więc cały czas o czymś gadamy w czasie podróży..
Autokar mknie szeroką dwupasmówką na południowy wschód, w kierunku
miejscowości Poipet leżącej się na granicy Tajlandzko – Kambodżańskiej, gdzie
znajduje się kluczowe przejście graniczne pomiędzy tymi krajami.. Wyjeżdżając
poza obszar Bangkoku, po kilkudziesięciu minutach docieramy do mostu
przerzuconego nad szerokim korytem rzeki Bang Pakong.
Rzeka jak rzeka, jedna z większych
arterii wodnych przecinających obszar Tajlandii.. Płynie z północnych dzielnic
w kierunku Zatoki Tajlandzkiej, gdzie przy ujściu tworzy dość rozległą deltę...
Jest jedną z pięciu świętych rzek Tajlandii.. I nic by nie było w niej fascynującego, gdyby
nie jeden fakt… Otóż w nurtach rzeki Bang Pakong żyje wiele gatunków ryb. Jest
to mekka rybaków i wędkarzy… Obfitość podwodnego świata spowodowana jest amplitudą
pływów morskich, regularnie podnoszących i obniżających stan wody Morza
Południowochińskiego, które poprzez Zatokę Tajlandzką oddziałuje na nurty
rzeki Bang Pakong. Dzięki zjawisku napływu słonej wody w rzece żyje wiele
gatunków ryb morskich, krewetek, a także prawdziwe słodkowodne giganty… Rzeka
nazwana została przez tubylców River of
The Dragon czyli Rzeka Smoka.. Z
jakiego powodu..??.. Jak wynika z badań i połowów przeprowadzonych niedawno
przez ekspedycję naukową National Geographic Explorer, w rzece żyją prawdziwe
potwory – płaszczki słodkowodne Raye, których złowione okazy przekraczały wagę
200 kg..!!.. Drugi ewenement występujący w nurtach tej rzeki to Irrawaddy - niezwykle rzadki gatunek delfinów słodkowodnych, które
migrują do ujścia rzeki Bang Pakong pod koniec pory monsunowej i zostają tam do
końca lutego. Delfiny te z powodu masowych połowów krewetek przez tutejszych
rybaków, zostały w pewnym momencie narażone na wyginięcie.. Aby chronić
Irrawaddy władze Tajlandii przekonały rybaków do zaprzestania połowów krewetek
w okresie przebywania delfinów w ujściu rzeki Pakong.
Tajlandia to kraj świątyń.. W samym Bangkoku jest ich ponad 400, a na
terenie państwa tajskiego są ich tysiące.. W czasie jazdy mijamy przydrożne,
kolorowe, pozłacane bramy świątynne, które są nieodłącznym elementem pejzażu
nawet niewielkich tajskich wsi czy osiedli.. Drugi element krajobrazu zarówno
wielkich miast jak i niedużych miejscowości to oczywiście „pajęcza sieć”
przewodów, kabli, kabelków i przeróżnych drutów ciągnących się kilometrami, o
których przeznaczeniu nawet służby energetyczno-telekomunikacyjne Tajlandii nie
mają zielonego pojęcia i chyba tylko jeden oświecony Budda wie, do czego
właściwie każdy z nich służy.. Plątanina kabli i przewodów to nie tylko zmora
elektryków, to także problem fotografów jak widać na fotkach poniżej.. Niestety
nie zawsze można tak pstryknąć fotkę, aby ich uniknąć na ujęciu, a nie wszystko
da się potem usunąć Photoshopem..
…

Kiedy zapytałem tajskiego przewodnika w trakcie naszej wyprawy po Tajlandii
- …dzięki czemu powstała taka monstrualna „pajęcza osnowa” i czy ktoś faktycznie
orientuje się w tej plątaninie kabli..? - odpowiedział mi w paru zdaniach..
Kable się wieszało, wiesza i będzie wieszać, ale przewodów nieczynnych z
różnych przyczyn nikt nie likwidował i tak zaczęła narastać ta pajęcza sieć..
Dzisiaj gdy „padnie” jakiś przesyłowy kabelek telefoniczny, prądowy czy też
internetowy, z braku aktualnego planu sieci zamiast szukać awarii „po kablu”, rozwiesza
się po słupach następny przewód i tak rosną z roku na rok „pajęcze sieci”..
(fot. poniżej-przykład plątaniny kabli na ulicach tajskich miast)
Po dwóch godzinach jazdy, mniej więcej w połowie trasy do granicy z
Kambodżą, autokar zatrzymuje się na krótki postój nazywany przez nas siku-ndą czyli szybkie siku i dymek w
płuca... Pusty, przydrożny parking z niewielkim sklepikiem oraz względnie
czystymi toaletami, to typowa postojowa „przelotówka” na tym odludzi, dla pojazdów
zmierzających ku granicy..
Obok sklepiku z napojami i słodyczami tajska rodzinka (mama, tata, córka i syn) rozłożyła
swoją polową kuchnię, szaszłykarnię oraz stragan z owocami. Menu posiłkowe w
kilku opcjach - pod postacią szaszłyczków z mięsa niewiadomego pochodzenia, pieczonej
szarańczy lub świerszczy podsmażanych na metalowym woku w oleju kokosowym jako uzupełnienie białka w organizmie, a na
deser owoce słodkich ananasów, papai, mango, tajskich bananów…
Większość grupy po skorzystaniu z toalet, uzupełnieniu płynów w organizmie
i wchłonięciu porcji tytoniowego dymu, trzyma się raczej z daleka od tej
egzotycznej tajskiej kuchni.. Do odważnych świat należy. Podchodzę do szefowej
polowej kuchni, by ta nakarmiła szarańczą strudzonego turystę z Europy..
Śniada, miła Tajka nawet bez znajomości angielskiego już po kilku moich gestach
wie o co chodzi… Z uśmiechem na twarzy zaczyna podsmażać na oleju kokosowym z
dodatkiem czosnku świeżutkie, zebrane ranną porą w specjalnych owadzich
pułapkach, dorodne okazy świerszczy..
W metalowym woku ustawionym na turystycznej butli z palnikiem, świerszczyki
smażą się aż skwierczy… Obserwuję całą operację stojąc z boku.. Tylko dwie
osoby z naszej grupki też są zaciekawione przygotowaniem owego białkowego
posiłku, jednak żadna z nich nie kwapi się na konsumpcję.. Myślę, że jak
pierwszy przełamię barierę lekkiego obrzydzenia, oni także skuszą się na świerszczyka..
Po 2-3 minutach smażenia, świerszczowe „chipsy” są gotowe do spożycia.. Wręczając
tekturowy talerzyk z porcją kilkudziesięciu owadów skropionych sokiem limonki, tajska
kucharka udziela mi porady, abym przed rozkoszowaniem się nimi oderwał
wystające nóżki. Myślę, że chyba po to by mnie w przełyku nie gilgotały..
.. Sma-czne-gooo...

Świerszcze są tip-top.. Chrupiące, dobrze wysmażone, przypominają smakiem
skwarki z nieco rybno-czosnkowym posmakiem.. Niezła przegryzka na ząb niczym
chipsy ziemniaczane, tyle tylko ze dużo bardziej pożywna.. Żeby jednak się tym
najeść, trzeba by było wszamać całą taką metalową michę..
.

Po kwadransie ruszamy w dalszą podróż… Za półtorej godziny powinniśmy być w
pobliżu granicy kambodżańskiej.. Trasa raczej mało ciekawa.. Za oknami autokaru
żadnych rewelacji, odludne tereny, tylko od czasu do czasu mijamy niewielkie
wioski.. W trakcie jazdy nasz tajski opiekun dzwoni do znajomego na granicy.. Pomimo
że mamy w paszportach ważne wizy na Tajlandię i Kambodżę, załatwione w kraju
przed wyjazdem, to jak się okazuje, przekroczenie granicy wcale nie jest takie
proste.. Musimy podjechać w umówione miejsce, spotkać się zaufanym facetem
mającym układy na przejściu granicznym, ten zbierze nasze paszporty i dając
gdzie trzeba „w łapę”, załatwi „hurtem” stempelki przekroczenia granicy oraz
ułatwi poza kolejką szybkie, grupowe przejście przez celnicę.. Kiedy wszystko już
zostanie dograne, oddzwoni do naszego Taja, umawiając się z całą grupką przed
przejściem granicznym… Ten trik stosowany jest po to, by na przeludnionym,
zatłoczonym i niezbyt przyjemnym przejściu Tajlandzko-Kambodżańskim w Poipet,
gdzie codziennie setki tubylców oraz turystów przekraczają granicę, nie stać z
walizkami parę godzin w kolejce, w nieznośnym zaduchu i upale, kiedy
temperatura powietrza przekracza ponad 40 stopni.. Poza tym na tej koszmarnej
granicy dzieją się rzeczy dziwne, aczkolwiek prawdziwe.. Nieobeznany z
tamtejszymi przekrętami turysta jest czasami obsługiwany przez fałszywych
„pograniczników”, czekających przez przejściem i kasujących go na kilkadziesiąt
dolcy, zaś prawdziwi celnicy w granicznym budynku także nie są lepsi i często
wciskają delikwentowi ciemnotę, próbując wydusić dodatkowe 20 dolarów haraczu za wyimaginowane opłaty manipulacyjne, medyczne, czy podatkowe… Jednym
słowem łapówa popędza łapówę, a jeleni nie brakuje, więc aby i nam rogi nie
wyrosły musimy korzystać z układów… Jeszcze tylko krótka narada z naszą polską bodyguard Klaudią i machina procedury
granicznej on-arrival rusza..
Z tych to
właśnie powodów, po telefonicznym ustaleniu wszelkich formalności i planu
działania przez naszego tajskiego opiekuna z jego „wtyką” na granicy,
zajeżdżamy na godzinny postój do hotelu „Aran Mermaid”, położonego 7 km przed
granicą w miejscowości Sakaew.. Tutaj poczekamy sobie w chłodnym hotelowym holu
na naszego granicznego „łącznika”, który załatwi szybkie i bezproblemowe
przekroczenie granicy z Kambodżą.. Po zajechaniu na hotelowy parking, wszyscy od razu „pakują się” w chłodne
hotelowe wnętrza.. Wszyscy, poza dwoma osobami z ADHD czyli mną i Jurkiem.. Co
by nas zmusiło do godzinnego płaszczenia tyłka w hotelowym holu, jak trzeba
przecież spenetrować okolicę..!!!.
…

Wokół hotelu dużo zieleni, przede wszystkim rosną tutaj piękne, potężne
palmy, dające sporo cienia. Jest ich kilka gatunków, zatem by je przedstawić,
sięgnijmy do Encyklopedii Tropikalnych Roślin…
Palma kokosowa to najczęściej występująca z palm, gdyż rośnie wzdłuż wszystkich
tropikalnych brzegów morskich. Dorasta do 30 m wysokości. Jej pióropusz tworzą
pierzaste liście o długości 4-6 metrów i szerokości 60-90 cm.
Owoc palmy kokosowej (orzech kokosowy) może ważyć
do 2,5 kg.. Wewnątrz twardej skorupy znajduje się pojedyncze nasiono.
Wewnętrzną ścianę nasienia wyścieła gruba warstwa miękiszowa stałego bielma, po
wysuszeniu nazywana koprą. Kopra zawiera do 70% tłuszczu, 14% cukrów i 7%
białka. Wnętrze nasienia wypełnia płynna postać bielma – mleko kokosowe. Owoc
zawiera dużo nasyconych kwasów tłuszczowych i cukrów oraz stanowi bogate źródło
żelaza, witaminy C i potasu.
Obok palm kokosowych wyrastają wysoko w górę
Palmy daktylowe zwane daktylowcami. Brązowy pień zwężający się ku górze, zwieńczony
zielonym pióropuszem liści, osiąga wysokość do 35 m. Pióropusz może się składać
z 80–120 pierzastozłożonych liści o długości dochodzącej do 6 m. Drzewo wydaje
owoce przez około 80 lat i może urodzić nawet do 300 kg owoców. Włókno
uzyskiwane z liści stosuje się w plecionkarstwie..
Owoce nazywane daktylami to czerwono-żółte jagody
o długości do 7 cm, zawierające podłużne, brązowe nasiono. Pozostają na
drzewie do wyschnięcia. Proces suszenia nie powoduje zbyt dużych zmian w
wartościach odżywczych owocu, ponieważ zawiera on stosunkowo niewiele wody.
Daktyle są bardzo dobrym źródłem przeciwutleniaczy i wykazują właściwości
przeciwmutagenne w badaniach in vitro..
Kolejna palma rosnąca przy hotelowym parkingu to odmiana o nazwie Thrinax radiata co w tłumaczeniu z języka łacińskiego
znaczy - Promienne ostrza.. Jest to palma o smukłym, cienkim pniu średnicy
ok.10 cm. Rośnie w dżunglach i lasach tropikalnych, w strefie przybrzeżnej..
Liczne liście o pokoju dłoniastym dzielą się na 50 lub 60 ciemnozielonych
wąskich segmentów... Owoce dojrzałe mają kulisty kształt o średnicy 1 cm i są
koloru białego. Pnie często stosuje się jako słupy, zaś liście używane są do
pokryć dachowych oraz jako materiał na plecione kapelusze.
I jeszcze jedno drzewo, które turyści błędnie
nazywają palma wachlarzowatą z uwagi na wygląd jego liści.. Nie ma ono jednak z
rodziną palm nic wspólnego, ponieważ należy do rodziny bananowców.. Pielgrzan
madagaskarski, bo taka jest jego botaniczna nazwa, to gatunek drzewa pochodzący
z Madagaskaru, ale sadzony bywa jako drzewo ozdobne w wielu krajach o klimacie
tropikalnym. W pochwach liściowych gromadzi się często woda deszczowa, stąd
popularna w wielu językach nazwa "drzewo podróżników". Dawniej mylnie
sądzono, że pióropusz liści układa się zawsze w płaszczyźnie północ-południe,
stąd inna nazwa potoczna "drzewo kompasowe". Drzewo o pokroju palmy,
osiągające do 30 m wysokości. Pień zakończony wachlarzem bardzo dużych liści,
ułożonych w jednej płaszczyźnie. Liście podłużne, długości do 4 m, podobne do
liści bananowca, z długim ogonkiem. Kwiaty duże, kremowobiałe. Kwiatostany
wyrastają pomiędzy ogonkami liściowymi. Płatki korony zrośnięte, tworzą
podłużną rynienkę. Zapylane są przez nietoperze i lemury poszukujące nektaru.. Owoce
w postaci zdrewniałych torebek, w środku nasiona z niebieską otoczką.
Z tyłu za hotelem wychodzę na duży, betonowy, centralny plac tej
niewielkiej, przygranicznej mieściny, otoczony sklepikami i restauracjami..
Obok jednej z nich stoi kilka tuk-tuków
oraz tutejsze miejskie autobusy... Jurek penetruje sklepy po prawej, ja po
lewej stronie placu.. Chcemy kupić parę butelek wody i jakieś piwo, lecz w
takich miejscowościach, gdzie przystają turystyczne autokary, trzeba się
targować i sprawdzać ceny, ponieważ niejednokrotnie można 2-3 krotnie
przepłacić za butelkę wody.. W końcu znajduję sklepik z najniższymi cenami.
Zagadując wesoło i ładnie uśmiechając się do młodej Tajki, przy końcowym
rachunku targuję jeszcze kilkadziesiąt Bathów.. Jest ok.. Stwierdzamy
jednomyślnie z Jurkiem, że nie ma już tutaj czego szukać. Trzeba wracać do
hotelu, gdzie czeka reszta grupy.. Mamy parę butelek wody i kilka puszkowych
piw. Możemy ruszać na podbój Kambodży…
Kilkanaście minut później nasz
tajski przewodnik dostaje „cynk” od swego zaufanego na granicy.. Wsiadamy do
autokaru i ruszamy do Poipet.. Siedmiokilometrową trasę pokonujemy w niecałe 10
minut.. Gdy wjeżdżamy główną drogą prowadzącą do przejścia granicznego,
momentalnie robi się tłoczno.. Pojawia się mnóstwo ludzi ciągnących lub pchających rozpadające się wózki i
wszelkiej maści wehikuły, wypełnione do granic możliwości przeróżnymi pakunkami.
Wszyscy w specjalnych czapkach ochronnych, niektórzy w maseczkach na twarzy z
powodu wszechobecnego tutaj, ziemistego pyłu unoszącego się w powietrzu, który
wzniecają przejeżdżające co jakiś samochody ciężarowe..
POIPET – Granica dwóch światów
Autokar zatrzymuje się kilkaset metrów przed
przejściem granicznym w pobliżu zadaszonych, kolorowych straganów, ciągnących
się po obydwu stronach ulicy, w których można dostać niemalże wszystko
począwszy od ciuchów, a skończywszy na jedzeniu.. Owe stragany to taka imitacja
naszych granicznych sklepów wolnocłowych…
.. Tutaj
musimy poczekać na wspomnianego „łącznika” z paszportami, który „przepchnie”
naszą grupę w szybkim tempie przez granicę..…

Biorę aparat i przechadzam się wzdłuż straganów,
obserwując przygraniczny ruch… Zgiełk, brud, pokrzykiwania handlarzy, smród
spalin wydobywający się ze zdezolowanych silników ciężarówek, a w dodatku
kilkanaście minut po godzinie 12-tej - żar z nieba.. Masakra.. Gdyby tak
jeszcze przyszło stać kilka godzin w kolejce paszportowej, to byłby totalny
syf..
Po pięciu minutach czekania nasza opiekunka
Klaudia wymachuje energicznie uniesioną ręką, zwołując wszystkich wokół
siebie.. Sprawa szybkiego przejścia przez punkt graniczny załatwiona.. Tutaj
przejmuje nas zaufany „łącznik” z paszportami. Dotychczasowy tajski przewodnik
Joe żegna się z nami serdecznie i odchodzi w siną dal.. Pozostaje tylko
załadować bagaże na duże, rozlatujące się dwukołowce, podjeżdżających w tym
momencie tragarzy..
Tutaj przejazd bagaży przez granicę wydaje się
być totalnym chaosem i można by mieć obawy, czy po drugiej stronie przejścia
granicznego znajdziemy swoją walizkę, jednak tragarze to ponoć sprawna i raczej
zaufana ekipa.. Pieniądze i elektronikę (aparaty, kamery) trzeba mieć przy
sobie, bo wokół kręci się mnóstwo złodziei. Usługa za przewóz jednego bagażu
wynosi 1 US $.. Walizki i torby podróżne w szybkim tempie zostają załadowane na
wielkie, drewniane dwukołowce, pamiętające chyba czasy wynalezienia przez
człowieka koła... Siła pociągowa tych kolumbryn ważących niejednokrotnie
kilkaset kilogramów, to zarówno faceci jak i kobitki.. Na niewielkich
podjazdach lub nierównościach drogi tragarze mają spore kłopoty, by opanować
taki pojazd.. Często sami turyści pomagają popchnąć wózek pod górkę..
Ruszamy w stronę przejścia granicznego zwartą
grupką.. Po lewej stronie nad główną ulicą ukazuje się biały budynek tajskiego
urzędu imigracyjnego w formie powitalnej bramy z czerwonym dachem, złoconymi
wieżyczkami i napisem "Kingdom of Thailand". To Tajskie przejście graniczne..
Przechodzimy pod ozdobnym budynkiem na druga
stronę.. Z tyłu znajduje się celnica, gdzie odbywa się kontrola paszportowa, odprawa
wizowo-migracyjna i uzyskuje się tajski stempelek przekroczenia granicy, a
także traci się pierwszą godzinkę w kolejce.
Przed wejściem do budynku kontroli granicznej
zabudowano barierki rozdzielające kolejkę na dwa osobne przejścia – dla
tubylców (Tajów) i dla grup turystów. Po lewej stronie tłok i kolejka ustawiona
na kilkadziesiąt metrów.. Po prawej, na przejściu dla „Vipów” tylko kilkanaście
osób..
Wchodzimy do dość obszernego, zatłoczonego pomieszczenia,
gdzie dwóch pograniczników ze stoickim spokojem sprawdza formalności
wizowo-paszportowe.. I tutaj zaczyna się paszportowy trick w wykonaniu naszego
nowego opiekuna-łącznika, obeznanego z tajnikami tutejszej procedury
granicznej.. Na umówiony sygnał boczkiem..boczkiem.. przemykamy obok stanowiska
celnika, przechodząc na drugą stronę, a nasz opiekun z całą reklamówką
paszportów i odpowiednią kwotą dolcy dobija targu z pogranicznikiem, który w
ekspresowym tempie stempluje paszporty całej grupie, bez potrzeby indywidualnego
stania w kolejce.. Fruuu, sruuu i po sprawie.. Tutaj „łapówa” to norma..
Powiadają, że jak się dobrze „posmaruje”, to nawet stado słoni przechodzi
niezauważone… W parę chwil jesteśmy za tajską celnicą na tzw. pasie neutralnym,
międzygranicznym...
Główną ulicą Suwannason Road kierujemy się w
stronę przejścia kambodżańskiego. W odległości 200 metrów widać już z daleka kamienną
elewację powitalnej bramy wejściowej, tym razem kambodżańskiej, zwieńczoną
trzema wieżyczkami w formie prangów imitujących miniaturkę świątyni Angkor Wat..
Na elewacji poniżej wieżyczek widoczny złoty napis – Kingdom of Cambodia
(Królestwo Kambodży).. Żegnaj Tajlandio.!!…
Po prawej stronie kamiennej bramy kolejny budynek
graniczny z napisem nad wejściem „The
office of the international border checkpoint of Poipet” (Międzynarodowe
przejście graniczne w Poipet), gdzie oficjalnie za 20 dolcy wykupuje się
wizę Kambodżańską, jednakże i tutaj celnicy bez skrupułów żądają haraczu,
wymyślając różne fikcyjne opłaty. Spore grono turystów daje się naciąć i
płaci..płaci..płaci.. Wizy Kambodżańskie załatwialiśmy w kraju, więc ta
procedura nas nie dotyczy..
Przechodzimy pod sklepieniem kamiennej bramy na
drugą stronę....
Po prawej stronie drogi biegnie szeroki,
zadaszony chodnik, prowadzący aż do samej kambodżańskiej celnicy. Na tym
odcinku strefy międzygranicznej królują hotele i liczne kasyna gry… W Tajlandii
hazard jest nielegalny, więc tajscy miłośnicy ruletki i pokera próbują
szczęścia właśnie tutaj. Tak to sprytnie wykombinowano, że Tajowie bez
konieczności przechodzenia przez Kambodżańską procedurę wizowo-imigracjną, mogą
na tym pasie międzygranicznym spokojnie „zaszaleć” w kasynach gry. Do kasyn nie
mają natomiast wstępu kambodżańscy Khmerowie.. Biały duży budynek po prawej
stronie ulicy to Grand Diamond Casino
- największe kasyno gry w mieście..
Grzecznie, jak maluchy w przedszkolu, trzymając
się wskazówek nowego opiekuna, maszerujemy za nim gęsiego. W odległości 150
metrów do kamiennej bramy, po prawej stronie ulicy znajduje się budynek kambodżańskiej
kontroli celno-paszportowej z napisem Arrival.. Przekraczających granicę niewielu,
jednak w pewnym momencie pojawia się dość liczna grupa turystów z Australii,
którzy ustawiają się w kolejce po dopełnienie formalności wizowych.. Dla naszej
grupy i ten punkt kontroli granicznej nie straszny.. Tajski „łącznik” w
mgnieniu oka, oczywiście nie dzięki swojemu urokowi osobistemu, załatwia z
pogranicznikami problem stempli wjazdowych do Kambodży i całej odprawy wizowej...
..

Teraz już tylko przemarsz wzdłuż metalowych
barierek i po chwili cała nasza grupa wkracza legalnie na obszar państwa
Kambodży…
Na Kambodżańskiej ziemi
czyli
mała Afryka w Azji..
Przekroczenie
granicy tajlandzko-kambodżańskiej jest jak podróż w czasie: tuż za budkami
straży granicznej kłębi się tłum taksówkarzy, kierowców tuk-tuków,
przedstawicieli agencji turystycznych wszelkiej maści, naganiaczy, tragarzy
ciągnących niebotycznie napakowane wózki i objuczonych tobołkami ludzi,
wędrujących z zakupami w tę i z powrotem. Kontrast jaki się tutaj uwidacznia,
kiedy człowiek przez kilka dni ogląda kapiące złotem tajskie świątynie, piękne
hotele, sklepy potężnych koncernów przemysłowych czy wypasione „fury” jeżdżące
po Bangkoku, wprawia w lekkie przygnębienie.. Bieda i brud wyłaniają się z
każdego zaułka ulicy, podwórza czy placu..
Za granicznym szlabanem główna droga prowadzi
prosto do dużego, zaśmieconego ronda pośrodku rozległego, zakurzonego placu..
Wokół placu mnóstwo busów mniej lub bardziej wysłużonych, czekających na chętnych
turystów.. Jak się okazuje podczas rozmowy z naszym przewodnikiem, miastem
granicznym rządzi autobusowa mafia. Są dwa dworce autobusowe, jeden oficjalny,
drugi "international" obsługiwany przez jedną firmę. Częstokroć nikt
nie chce wskazać, ani zawieźć turystów na ten oficjalny dworzec... Po prostu boją
się mafii…
Nas ten problem nie dotyczy.. Mamy swój wynajęty
turystyczny autokar z kambodżańską obsługą, czekający na dworcu autobusowym... Kwestią
jest tylko dotarcie na ów dworzec wysłużonym busem bez klimatyzacji, do środka
którego pakujemy się wraz ze stosem naszych bagaży.
Całe szczęście, że do autokaru tylko 1,5 km jazdy
po zakurzonej, wyboistej drodze.. To co można zobaczyć za oknami busa na tym krótkim
odcinku drogi, prowadzącej przez miasto Poipet od granicy do dworca
autobusowego, wygląda jak jeden wielki śmietnik… Miasto posiada jedną główną
ulicę, biegnącą od ronda w kierunku południowo-wschodnim.. Na północ od tej
ulicy znajdują się sektory miejskie nieco bardziej schludne i stosunkowo zamożniejsze,
na południu dominuje bieda i teren slumsów. Oba obszary mają własne rynki:
czysty i przestronny oraz zaniedbany i śmierdzący.. Ogólnie jednak cały ten
region, podobnie jak większość Kambodżańskiego państwa, emanuje obrazem biedy i
ogromnego zubożenia społeczeństwa.
Po kilku minutach jazdy bus dociera na niewielki
dworzec autobusowy, gdzie na poboczu stoi kilka pojazdów, a wśród nich czeka
już srebrny, klimatyzowany, luksusowy autokar… Przez kolejnych kilka dni będzie
to nasz podstawowy środek lokomocji po Kambodży..
Dla wszelkiej pewności, gdyby czasie podróży zaszła
konieczność szukania go na parkingach pośród wielu innych, Jurek proponuje
pstryknąć fotkę ze szczególnym uwzględnieniem numeru rejestracyjnego...
..

W budynku dworca autobusowego obok kas biletowych
i stoisk z napojami znajduje się niewielki kantor walutowy.. Jeśli ktoś bardzo
chce, można tutaj wymienić tajskie Bathy lub dolary US na kambodżańskiego
riela.. Nie jest to jednak konieczne, ponieważ US $ jest podstawową walutą
Kambodży.. W czasie podróży przez Kambodżańskie regiony, w każdej wiosce,
mieście czy świątyni, zwrot – „One
dolar”, będzie podstawową formą
odpowiedzi każdego Khmera, oczekującego zapłaty za przeróżne drobne usługi,
napiwki, wodę mineralną, napoje.. W Kambodży słowa „One dolar” są jak mantra buddyjska, powtarzana tysiące razy przy
różnych okazjach.. Częściej je tutaj słychać na ulicach, niźli u nas w Polsce –
Dzień dobry..
Przepakowanie torb podróżnych z busa do luków
bagażowych w autokarze, trwa pięć minut.. Kolejne pięć minut dla zwolenników
tytoniowego nałogu oraz na opróżnienie zbędnych płynów w pobliskiej toalecie i
ruszamy w trasę po Kambodżańskich regionach.. Docelowo dzisiejszy dzień musimy
zakończyć popołudniową porą w miejscowości Siem Reap, położonej niespełna 7 km
od świątyń Angkoru.. Czeka tam na nas wygodny hotel, który przez najbliższych
parę dni będzie bazą wypadową po świątynnych kompleksach Angkoru.. Od granicy
Kambodżańsko-Tajlandzkiej do miasta Siem Reap odcinek trasy liczy ok. 160 km..
W czasie podróży, która raczej nie będzie obfitować w ciekawe widoki, postaram
się nieco przybliżyć wizerunek tego niezwykłego kraju jakim jest Kambodża, aby
lepiej zrozumieć jego ciekawą historię, przeplecioną tragicznymi losami
społeczeństwa khmerskiego za czasów panowania ludobójcy i dyktatora Kambodży –
Pol Pota..
Kambodża jest niewielkim państwem leżącym w Azji
Południowo-Wschodniej na Półwyspie Indochińskim w dorzeczu rzeki Mekong.. Kraj
ten graniczy z Tajlandią, Laosem i Wietnamem, zaś od południowego zachodu
oblewają go wody Zatoki Tajlandzkiej. Kambodża zajmuje powierzchnię 181 tys.
km², a zamieszkuje ją ponad 14,8 miliona osób. Głową państwa o ustroju konstytucyjnej
monarchii jest obecnie król Norodom Sihamoni.. 75% powierzchni kraju zajmuje
równinna, aluwialna Nizina Mekongu. Przez jej wschodnią część przepływa główna
rzeka kraju Mekong, zaś w zachodniej części leży rozległe jezioro Tonle Sap (powierzchnia
zróżnicowana, zależna od pory roku 2,7 tyś.-16 tyś. km²). Na południowy wschód
od równiny leży ujście delty Mekongu, który na terytorium Wietnamu wpada do
Morza Południowochińskiego. Centralna równina oraz delta otoczone są pasmami
górskimi: od południowego zachodu wznoszą się Góry Kardamonowe i Góry Słonia oraz
od północy Góry Dangrek. Góry Kardamonowe (najwyższy szczyt kraju – Aural 1813
m n.p.m.) i Góry Słonia tworzą naturalną barierę fizycznogeograficzną ciągnącą
się wzdłuż całego wybrzeża. Góry Dangrek stanowią naturalną północną granicę
kraju. Na wschód od Mekongu teren stopniowo podnosi się w kierunku Gór
Annamskich. Pomiędzy obszarami górskimi a równiną centralną rozciąga się
równinny obszar przejściowy o średniej wysokości nieprzekraczającej 200 m
n.p.m.
Dominującą szatą roślinną Kambodży są lasy, które
zajmują ok. 40% powierzchni kraju. Na południu i w części środkowej występują
wilgotne lasy równikowe, przechodzące ku północy w lasy monsunowe (tracące
liście w porze suchej) z drzewami sandałowymi, kamforowymi, tekowymi i
damarzynkiem, a następnie w sawanny o trawach dochodzących do 1,5 m. Powyżej
800 m n.p.m. występują lasy sosnowe. Na wybrzeżu rosną lasy namorzynowe, a na
okresowo zalewanych obszarach – bagienne.
Fauna kraju jest niezwykle egzotyczna. Tutejsze
lasy i sawanny zamieszkują m.in.: słonie indyjskie, tygrysy, lamparty, tapiry
malajskie, bawoły banteng i zagrożone wyginięciem nosorożce sumatrzańskie.
Tereny o najcenniejszej wartości przyrodniczej znajdują się w obrębie
kambodżańskich parków narodowych i rezerwatów przyrody np. Virachey.
W Kambodży panuje klimat zwrotnikowy, monsunowy z
wyraźnym podziałem na dwie główne pory roku: suchą i deszczową. Pora deszczowa
trwa od maja do października, odczuwalny jest wtedy spadek temperatury do 22°C
i towarzysząca mu wysoka wilgotność. Pora sucha trwa od listopada do kwietnia,
kiedy temperatura może wzrosnąć nawet do 40°C. Wiejący od połowy maja do połowy
października południowo-zachodni monsun przynosi ulewne deszcze. 70% rocznych
opadów przypada właśnie na ten okres. Od początku listopada do połowy marca
wieją słabe wiatry północno-wschodnie. W porze tej zachmurzenie jest zmienne,
wilgotność powietrza niska, a deszcze padają sporadycznie. Średnia temperatura
miesięczna waha się od 21°C w grudniu, do 30°C w maju. Średnia temperatura
roczna na terenach nizinnych wynosi ok. 25°C. Temperatury są najwyższe tuż
przed porą deszczową i mogą przekraczać 40°C.
Tak mniej więcej wygląda geograficzny wizerunek
Kambodży.. A jak wygląda historia, jej wpływ na społeczność Khmerską, jakie piętno
wywarły lata reżimu Czerwonych Khmerów na psychikę ludzką i postrzeganie
dzisiejszego obrazu Kambodży?..
Kambodża – wciąż tak mało znana, jest miejscem
niezwykłym. Dzisiejsza bieda i gigantyczne problemy ukazują Kambodżę jako jeden
z najuboższych krajów kontynentu, jednak pozostałości niesamowitej, starożytnej
kultury dawnego imperium khmerskiego wciąż zapierają dech w piersiach
podróżnikom z całego świata.
Ten niezwykle ciekawy kraj jest jednym z
najbardziej doświadczonych przez historię. Warto przypomnieć, że 1200 lat temu
wojownicze plemię Khmerów opanowało dzisiejsze ziemie Kambodży i sąsiednich
państw - Wietnamu, Tajlandii oraz Laosu, tworząc wówczas potężne imperium, jednak
burzliwe czasy wojen domowych, najazdów i eksperymentów społecznych zniszczyły
w dużej mierze jego historię. Potężne Imperium Khmerskie utraciło swoją dominującą
pozycję w Azji Południowo-Wschodniej, załamała się jego gospodarka, a
najpiękniejsze obiekty kultury uległy zniszczeniu. Dzisiaj ruiny starożytnych
świątyń pochłoniętych na przestrzeni wieków przez dżunglę, ukazują dawne dzieje
rozkwitu i upadku potężnego Imperium Khmerów...
Obecna Kambodża wciąż leczy rany i próbuje
podnieść się z kolan jednak jest to bardzo trudny proces.. Poza głównymi
miastami prawie nie ma infrastruktury turystycznej, do tego straszna bieda,
brud i olbrzymie problemy – taka Afryka w Azji.. Chociaż Kambodża na dzień
dzisiejszy jest stabilną politycznie monarchią konstytucyjną, gdzie stworzono
zasady demokracji, państwo praktycznie nie funkcjonuje – nie ma publicznej
służby zdrowia, edukacji, aparat policyjny to wielka łapówkarska machina. Po
reżimie Czerwonych Khmerów i okupacji wietnamskiej pozostały niezabliźnione
rany oraz chaos nie do ogarnięcia umysłem. Jedna trzecia populacji żyje za
mniej niż dolara dziennie. Czterdzieści procent dzieci jest chronicznie niedożywionych. Ofiary min przeciwpiechotnych, dzieci śpiące na ulicach, rozgrabione
zabytki, koszmarne pamiątki w postaci obozów zagłady, to tylko niektóre
elementy tej koszmarnej układanki.. Organizacje charytatywne pompujące w kraj
duże pieniądze, śródmieście stolicy wyglądające jak po wojnie, ludzie
desperacko łapiący się każdej możliwości zarobku, to kolejna odsłona
dzisiejszej Kambodży..
Obecna Kambodża jawi się także jako kraj
kontrastów, o jakich nam Europejczykom się nie śniło. W stolicy kraju, którego
większość obywateli żyje w biedzie lub nędzy, gdzie poziom analfabetyzmu sięga
powyżej 60 procent, po ulicach jeździ całkiem sporo błyszczących,
klimatyzowanych Lexusów. W morzu blaszanych ruder na przedmieściach Phnom Penh pojawia
się co jakiś czas piękna, wypasiona willa..
W tym smutnym otoczeniu płynie codzienne życie.
Kambodża to nadal Azja – gwar, tłum, niezliczona ilość skuterów i różnego
rodzaju dziwnych pojazdów na ulicach miast są nieodłącznymi elementami
krajobrazu..
Khmerowie powoli na nowo odkrywają przed światem
swoją wspaniałą kulturę.. W dżungli czekają porośnięte lianami świątynie z XII
w., ciekawe trasy turystyczne, rejsy po niezwykłym jeziorze Tonle Sap z
wioskami na palach, a w miastach – salony masażu, rozliczne bazary oferujące
egzotyczne menu, całkowicie przyzwoite hotele dla przyjezdnych turystów oraz
liczne sklepy z wszelkimi „podróbami” największych światowych firm
elektronicznych, perfumeryjnych, odzieżowych..
Kambodży nie da się tylko „zaliczyć”
turystycznie, Kambodżę trzeba dotknąć, powąchać, posmakować i wtedy można się w
Kambodży zakochać, tak jak mnie się to przydarzyło.. W kolejnych odcinkach
mojej fotorelacji sami zobaczycie, czym uwiodła mnie Kambodża, tymczasem
wracajmy do dzisiejszej podróży..
Uffff… chyba wystarczy opowieści o Kambodży jak
na pierwszy dzień pobytu na Khmerskiej ziemi… Nasz autokar oddalając się od
kambodżańskiej granicy, mknie teraz na południowy zachód w kierunku
miejscowości Siem Reap. Przez kolejne dni Siem Reap będzie naszą bazą wypadową,
skąd wyruszymy na kilka wypraw do świątyń Angkoru.. Za oknem nic ciekawego, asfaltowa
droga prowadząca z Poipet do Siem Reap jak na razie bardzo przyzwoita. Niebo
błękitne, okraszone białymi obłoczkami zapowiada kolejny dzień z wysoką temperaturą..
Co jakiś czas w mijanych miejscowościach ukazują się pozłacane, ozdobne bramy,
zbudowane przed niewielkimi, przydrożnymi świątyniami.. Nie są one tak bogato
zdobione jak bywało to w Tajlandii, jednak widać że i tutaj religia buddyzmu
jest mocno zakorzeniona.. Praktykuje ją 95 % społeczeństwa Kambodży..
Droga z granicy w kierunku świątyń Angkoru to
popularna trasa tranzytowa Bangkok - Siem Reap, oznaczona symbolem NH6.. Przez lata obrosła legendą jako droga-koszmar,
wyboista, pełna wielkich dziur, czerwonego pyłu unoszącego się z gliniastego
podłoża w czasie suszy i błotnista jak bagno w czasie pory deszczowej.. Dawniej
przejazd tą trasą był wielogodzinnym slalomem między dziurami wielkości auta..
Tak było naprawdę jeszcze parę lat temu, teraz to przeszłość.. Nowa trasa jest
równa, w miarę szeroka i na większości 160 kilometrowego odcinka ma
nawierzchnię asfaltową..
Jednak nie cała trasa jest oddana do użytku z
wyasfaltowaną nawierzchnią.. Kiedy wjeżdżamy na odcinek będący w budowie,
pokryty warstwą żółto-czerwonej wysuszonej glinki, zaczynam rozumieć sens pierwotnej
nazwy określającej ją jako droga-koszmar.. Nawierzchnia jest co prawda
stosunkowo równa i uwalcowana, ale ponieważ deszcz padał tutaj 3 miesiące temu
jest sucho jak na pustyni i nie ma szans na normalną jazdę.. Autokar porusza
się w prędkością 40 km na godzinę, a mijani po drodze motocykliści, rowerzyści oraz
wędrujący poboczem ludzie z głowami zakrytymi chustami, wyglądają jak uczestnicy
rajdu Paryż–Dakar.. Za autokarem snuje się potężny obłok czerwonego pyłu.
Dobrze, że jest klimatyzacja i okna są pozamykane, bo byłby niezły bajzel w pojeździe..
Za nami w obłokach kurzu wlecze się kilka samochodów. Współczuję im takiej
podróży.. Mamy to szczęście, że szosa przed nami jest pusta i nikt nie wznieca
tumanów kurzu..
Po paru kilometrach jazdy w obłokach uciążliwego pyłu,
glinasto-żwirowa nawierzchnia znika i ponownie pojawia się równy, szeroki
asfalt.. Rozmawiając z Jurkiem siedzącym za moimi plecami, co jakiś czas
spoglądam na przemykający za oknem krajobraz.. Z lewej i prawej strony drogi
ciągną się po horyzont, zalane wodą ryżowe pola. W wodzie brodzą wieśniacy
sadzący siewki ryżu, od czasu do czasu pojawia się niewielkie stadko
wychudzonych białych krów.. Rolnictwo na tym obszarze Kambodży to podstawa
egzystencji.. Większość gospodarstw wiejskich uzależniona jest od rolnictwa i
związanych z nim podsektorów. Ryż, ryby, drewno, odzież i guma są głównymi
produktami eksportu z Kambodży..
Użytki rolne zajmują 21,6% powierzchni kraju,
pastwiska 8,5%.. Uprawa roślin żywieniowych zajmuje ok. 70% powierzchni
zasiewów. Głównie uprawia się ryż, poza tym kukurydzę, maniok, bataty, fasolę,
soję, trzcinę cukrową oraz tytoń, pieprz, kardamon i banany. Na terenie kraju
prowadzi się niewielkie plantacje kauczukowca, palmy cukrowej i kokosowej. Hoduje
się bydło i bawoły jako główną siłę pociągową na wsi, poza tym trzodę chlewną
oraz drób. Potężne jezioro Tonle Sap oraz wody Mekongu zasilają rynek
żywieniowy w ogromną ilość ryb..
Kiedy znikają połacie pól uprawnych, przy drodze
ukazują się co jakiś czas niewielkie skupiska domostw.. Drewniane domy
zbudowane na palach, jedne bardziej schludne, inne wyglądające jak rozlatujące
się domki z kart, chronią mieszkańców przed zalaniem w czasie pory deszczowej i
są pewnym zabezpieczeniem przed niepożądanymi gośćmi, jakimi są tutaj pełzające
gady, płazy czy inne zwierzaki.. Często pale mają wysokość ponad 2 metrów, aby
powierzchnia pod budynkiem mogła być wykorzystana w gorące dni jako przewiewne,
zacienione miejsce do odpoczynku, zabawy dzieci czy spełniać rolę letniej
kuchni..
Po ponad półtoragodzinnej podróży i przebyciu
połowy dzisiejszej trasy, zatrzymujemy się na siku-ndę w niewielkiej, przydrożnej mieścinie. Wzdłuż pobocza
ustawiono kilka kolorowych parasoli, przyciągających uwagę przejezdnych.. Młode
Khmerki handlujące napojami, owocami oraz różnego rodzaju słodyczami, widząc
autokar pełen turystów już z daleka uśmiechają się i łamaną angielszczyzną
nawołują zachęcająco w naszym kierunku.. Tuż obok parasoli dwa niewielkie
sklepiki oferujące większy wybór towaru spożywczego, alkohol, papierosy oraz fajne,
ciekawe pamiątki i rzeczy egzotyczne, niestety obwarowane celnym zakazem wywozu…
Są tutaj różne skóry z krokodyli, węży, motyle,
żółwie oraz mniejsze i większe ozdobne butelki whisky, z zalanymi w środku czarnymi
skorpionami i małymi kobrami.. Takie prezenty nie są jednak mile widziane
podczas odprawy celnej i można sobie na granicy narobić sporo kłopotu podczas
ich przewozu, pozostaje więc tylko kupienie wody, piwka i pooglądanie zakazanej
oferty…
Owa oryginalna, kambodżańska gorzała z gadzią
wkładką jest dość niezwykła.. W butelce upchnięto niedużą prawdziwą kobrę, do
towarzystwa dodano czarnego skorpiona lub innego mniejszego węża, a wszystko to
dodatkowo doprawiono korzeniem żeń-szenia i jakimiś naturalnymi, ziołowymi
roślinami tutejszej medycyny ludowej.. Całość zalano gorzałą, szumnie nazwaną
whisky, która przez kilka miesięcy leżakowania przesiąkła niepowtarzalnym, dość
specyficznym smakiem.. Sprzedawczyni spod lady wyciągnęła napoczętą butelkę
tego leczniczego napoju, więc miałem okazję strzelić kielicha na próbę... Żyję,
nie umarłem, ani nie miałem problemów żołądkowych, trochę mnie tylko
otrząchnęło, zatem daję gwarancję, że jest wypijalna...
.. Jak tłumaczy
nam kambodżański przewodnik, ta specjalna tutejsza whisky to bardzo silny
azjatycki afrodyzjak, mający ponoć także wiele zastosowań medycznych m.in przy
leczeniu bólów pleców i mięśni.. Według nieoficjalnej metody leczenia owych
bólów mięśni, gorzałę się łyka doustnie, a butelką masuje plecy...
...


Podczas penetrowania stoisk, zaintrygował mnie
filcowy kapelusik a’la Rocky jaki nosił Sylwek Stallone.. Przymierzyłem,
przeglądnąłem się w lustrze….i…odłożyłem go z powrotem na półkę.. Zamiast kapelutka
pozostała mi na pamiątkę fotka pstryknięta przez Jerzyka…
.

Przerwę postojową ustalono na 25 minut, jest
zatem trochę czasu.. Ludzie szwędają się pomiędzy straganami, inni polecieli do
ustronnego przybytku, a ja korzystając z okazji maszeruję kilkadziesiąt metrów
dalej.. Moją uwagę przyciągnęły widoczne z daleka, kolorowe domki na kurzej
stopce… Podchodzę, by pooglądać je sobie z bliska.. Te małe, drewniane budowle
na ozdobnym postumencie przypominające domki dla lalek to tzw. San Phra Phum czyli
Domy duchów, bardzo często pojawiające się w krajach Azji Południowo-Wschodniej
w Birmie, Kambodży, Laosie czy Tajlandii.. Jest to rodzaj sanktuarium będącego
schronieniem dla duchów, które opiekują się danym miejscem, domem, firmą,
sklepem i mają zapewnić pomyślność jego właścicielowi..
Większość prywatnych domów i firm ma umieszczoną
ową kapliczkę w „pomyślnym miejscu”, najczęściej w rogu budynku.. Lokalizacja
taka może być wybrana po konsultacji z bramińskim kapłanem. Domy duchów mają zazwyczaj formę
miniaturowego domu lub świątyni i są zamontowane na niewysokim słupie lub
podium. Właściciel, który zafunduje sobie taką kapliczkę, musi sumiennie się
nią opiekować, odnawiać, składać duchom ofiary… Jeśli duchy są niezaspokojone,
mogą spowodować problemy w życiu człowieka i zesłać na dom nieszczęścia..
Kapliczki często zawierają obrazy ludzi, zwierząt i figurki duchów.. Przed
figurkami symbolizującymi duchy leżą ofiary pod postacią świeżych kwiatów,
mandarynek, ciasteczek, napoi, palą się świece i kadzidła…

Zdaniem Azjatów to najsmaczniejszy owoc świata,
dlatego zwą go "królem owoców". Tajowie i Malezyjczycy wprost uwielbiają
duriany.. Jedzą je na surowo albo dodają do deserów, lodów, ciastek, robią
przetwory itp. Jednak dla mieszkańców innych części świata durian jest nie do
przełknięcia. Wszystko za sprawą charakterystycznego i wyjątkowo silnego
zapachu. On po prostu nie pachnie, a wręcz cuchnie i śmierdzi już z dobrych
kilku metrów.. To prawdziwy koszmar dla nosa.... Jak smakuje durian? Hmm…, trudno
to określić… Zapach i smak durianu każdemu
przypomina coś innego. W przypadku zapachu, lepiej jednak mówić o smrodzie, a właściwie
o całej gamie smrodu. Takie określenie wydaje się bardziej obrazowe. Podczas
mojego pierwszego kontaktu z zapachem tego owocu oraz po spożyciu jego miąższu,
przeżyłem bliżej nieokreślone doznania.. W mdlącym, słodkawym zapachu jaki
wydziela durian, można doszukać się mieszanki kilku woni - padliny gnijącego
mięsa, starych skarpet, sera pleśniowego, zgniłej cebuli, smażonego czosnku,
migdałów.. Jednak smakowo durian mile zaskakuje.. Miałem odwagę spróbować miąższu
tego specjału i mogę powiedzieć, iż mnie w smaku przypominał mieszankę budyniu
waniliowego, bananów, migdałów i odrobiny bliżej nieokreślonej "egzotyki"..
Jednym słowem niezły deser, gdyby nie ten odrzucający zapach..
Durian nazywany jest także zybuczkowcem właściwym.. Pochodzi z Indonezji, ale uprawiany jest
także w większości krajów południowo-wschodniej Azji. Drzewo dorasta do
wysokości 30–40 m. Zakwitające na mim dość duże kwiatostany, mają także niezbyt
przyjemny zapach.. Owoc ma kształt owalny, podobny do orzecha kokosowego.
Osiąga do 40 cm długości i wagę do 5 kg. Pokryty jest zieloną grubą skórką z
kolcami, stąd nazwa owocu pochodząca od malajskiego słowa duri oznaczającego
kolec.. Wewnątrz zielonego owocu znajduje się jasno-kremowy miąższ..
Jak wspomniałem, owoc rośnie na wysokich drzewach
osiągających nawet do 40 m. Spadający 5 kilogramowy, kolczasty owoc może zranić
a nawet zabić, dlatego uważany jest za "najniebezpieczniejszy owoc
świata".
Durian wykorzystywany jest przede wszystkim w azjatyckiej
kuchni, gdzie oprócz spożywania na surowo jest również gotowany i smażony.
Przyrządza się z niego pastę, lody, a także rodzaj koktajlu na bazie mleczka
kokosowego. Jadalne są również nasiona durianu, które smaży się na oleju, a
następnie posypuje cukrem i ugotowanym ryżem.. Mimo nieprzyjemnego zapachu w
krajach Azji uchodzi za wyjątkowy przysmak. Sprzedawany jest na ulicznych
bazarach i tam też najczęściej od razu zjadany na miejscu. Nie chcąc zasmrodzić
zapachem durianu wnętrza naszego autokaru, zjadam go przy objazdowym straganie
młodej Khmerki w asyście kilku uczestników naszej wyprawy, spoglądających dość
nieufnie na to deserowe „niebo w gębie”…
.

W przypadku pobrudzenia ubrania durianem, jego
ostry, odurzający zapach utrzymuje się jeszcze przez wiele godzin i z tego
powodu nie wolno go spożywać w pomieszczeniach publicznych czy środkach
komunikacji miejskiej. Nie wolno także przechowywać go w niektórych hotelach i
zabierać na pokład samolotów niektórych linii lotniczych o czym informują
tabliczki..
Według smakoszy durianu, to nie koniec możliwości
tego owocu.. Azjaci uważają go za afrodyzjak, jednak po jego spożyciu
stwierdzam, że raczej nie jest to idealny posiłek przed randką. Nawet kilka gum
miętowych i pastylek Mentosów nie potrafiło zabić jego zapachu, od którego
uwolniłem się dopiero wieczorem po solidnej kąpieli i kilku umyciach zębów.. Po
zjedzeniu durianu nawet nie próbowałem za wiele gadać ze znajomymi, tylko
uśmiechałem się z zamkniętymi ustami, wstrzymując nieprzyjemny oddech.. Więcej
prób smakowych z durianem już nie będzie…
..

Kiedy nadchodzi czas odjazdu, wszyscy sprawnie
pakują się do autokaru, który już po chwili mknie przez rozległe tereny Niziny
Mekongu w kierunku Siem Reap, naszej dzisiejszej bazy noclegowej.. Spoglądam na
zegarek. Jest kwadrans po godzinie 15-tej… Za godzinkę powinniśmy dojechać do
celu… W miarę upływu czasu i zagłębiania się w kambodżańską krainę, na niebie
zbiera się coraz więcej szarych chmur.. Deszcz o tej porze roku jest
rzadkością, kiedy jednak już się pojawi trwa co prawda krótko, lecz pada bardzo
intensywnie.. Przy tak wysokiej temperaturze powietrza to wręcz zbawienne
zjawisko.. Mijane po drodze nędzne, drewniane domostwa sklecone z desek i
kawałków blachy, a ponad tym wszystkim ciemne niebo zasnute szarymi chmurami,
potęgują nastrój przygnębienia i ponurości obrazów przesuwających się za szybą
autokaru..
Przydrożne budy, stragany i sklepiki z
piętrzącymi się wokół stertami śmieci, nie zachęcają do skorzystania z ich
„dobrodziejstw”..
SIEM REAP – wrota do Angkoru..
Kilka minut po godzinie 16-tej wjeżdżamy na
peryferia miasta Siem Reap. Tutaj powoli zaczyna zanikać dotychczasowy obraz
biedy i ogólnego bałaganu.. Z każdym kilometrem przebytej drogi miasto ukazuje
swe znaczące w tym rejonie oblicze.. To już nie jest zapyziała, biedna mieścina,
jakie widywaliśmy po drodze. Miasto Siem Reap to obecnie stolica
północno-zachodniej kambodżańskiej prowincji Siem Reap, popularny kurort,
centrum handlowo-hotelowo-restauracyjne ściśle związane z turystyką, a przede
wszystkim brama do niezwykłego, sławnego na cały świat kompleksu świątyń
Angkoru.
Wizerunek miasta to ciekawa mieszanka
kolonialnego i chińskiego stylu architektonicznego w Starej Dzielnicy Francuskiej
oraz okolicach Starego Rynku. W mieście znajdują się liczne hotele, restauracje,
muzea, kambodżańskie dzielnice kulturowe, sklepy z pamiątkami tradycyjnego
rękodzieła zaś w pobliżu miasta prosperują gospodarstwa hodowli jedwabników,
produkujące doskonałej jakości jedwab, plantacje ryżu, wioski rybackie oraz
rezerwat ptaków w pobliżu życiodajnego jeziora Tonle Sap. Nazwa Siem Reap
tłumaczona jako "Wygrana z Syjamem” lub „Klęska Syjamu” (obecnej
Tajlandii) odnosi się do wielowiekowego konfliktu między narodem syjamskim a
Khmerami i ustanowiona została na cześć
zwycięskiej bitwy, którą Khmerzy stoczyli w dawnych czasach z Tajami (niegdyś
Syjamczykami)... W roku, kiedy wędrowałem po Kambodżańskich regionach,
Siem Reap zajęło czwarte w rankingu podróżniczym na najlepsze miasto świata
przyjazne podróżnikom i turystom, organizowanym corocznie przez TripAdvisor,
stronę turystyczną związaną z podróżami.. Czy ta ocena jest adekwatna do
rzeczywistości przekonam się już niebawem, podczas wieczornej wędrówki
uliczkami i bazarowymi alejkami tego turystycznego miasteczka..
Po niespełna 10 minutach manewrowania dość
wąskimi i nieco zatłoczonymi ulicami miasta, autokar podjeżdża pod hotel, który
na parę dni stanie się naszą bazą wypadową, skąd będziemy wyruszać na
zwiedzanie kambodżańskich atrakcji… Wychodzę z autokaru, wypakowuję bagaż i
spoglądam na hotelowy budynek.. Po wcześniejszych widokach nędznych domostw mijanych
w czasie przejazdu kambodżańskimi terenami oraz negatywnych relacjach
podróżujących po Kambodży turystów, zewnętrzny wizerunek zadbanego i czystego
hotelu mile zaskakuje nie tylko mnie.. Widzę, jak uczestnicy naszej wyprawy spoglądając
dyskretnie na hotelowy budynek, oddychają po cichu z wyraźną ulgą… Nie zawsze
jednak złoto co się świeci, zobaczymy co będzie wewnątrz i czy też mile nas
zaskoczą hotelowe apartamenty.. Na niewielkim zadaszeniu frontowego wejścia
widnieje nazwa hotelu – „City River Hotel”
i nie jest ona żadną ściemą, ponieważ hotel faktycznie położony jest nad
brzegiem przepływającej przez miasto rzeki – Siem Reap River..
Zanim wszystkie bagaże zostaną wypakowane z luków
autokaru jest kilka minut czasu.. Jedni palą, inni rozsiadają się na ławkach
ustawionych przed hotelem, a ja biorę aparat i idę zobaczyć hotel od strony
bocznej, zacienionej uliczki… O dziwo, od zaplecza budynek hotelowy prezentuje
się jeszcze bardziej okazale.. Przy okazji uwieczniam nazwę ulicy, gdyby w
przyszłości zdarzyło się zgubić na terenie miasta i trzeba było dotrzeć tutaj
taksówką...
W pewnym momencie słyszę wołanie znajomych – „..Jędruś dawaj, dawaj, idziemy po klucze do
pokoi !!!!..” Ruszam pośpiesznie w kierunku frontowego wejścia do hotelu,
gdzie zniknęła już cała grupa..
Wewnątrz kolejny szok.. Miła, uśmiechnięta
obsługa hotelowa, piękny drewniany wystrój recepcji i ogólnie dostępny szybki
Internet ..!!!.. To jest to… Kolejny plus dla hotelu..
Formalności meldunkowe dopełnione, klucze
rozdane, teraz tylko wypad na piętro do pokoju, chłodna kąpiel, popołudniowy
lunch i pozostanie sporo czasu na spenetrowanie zakamarków miasta,
restauracyjek, pubów oraz słynnego nocnego marketu, gdzie można dostać prawie
wszystko… Myślę, że na mieście „upoluję” jakieś ciekawe pamiątki rękodzieła
tutejszych rzemieślników, wypiję kambodżańskiego browca i powłóczę się po
bazarze do godzin wieczornych.. Jutro wyjazd na zwiedzanie już bez zbędnych bagaży
i dopiero po śniadaniu w okolicach godziny 7-mej, więc dzisiaj można troszkę
zaszaleć..
…

Powiadają do trzech razy sztuka, zatem po raz
trzeci zostaję mile zaskoczony wnętrzem mojego pokoju i stawiam trzeci plus dla
tego hotelu.. Jest wręcz wyśmienicie.. Nigdy bym się nie spodziewał, że w
biednej Kambodży zamieszkam w tak ekskluzywnych warunkach.. Jak okaże się na
koniec, po podsumowaniu całej naszej wyprawy, hotele w biednej Kambodży będą
bardziej „wypasione” aniżeli w bogatej Tajlandii czy Wietnamie…
Po szybkiej kąpieli i odświeżeniu się po podróży,
schodzę do restauracji na posiłek… Jurek z Grażyną także zawitali już do sali
restauracyjnej, zajmując przy okazji wspólny stolik.. Przy kolacji ustalamy
plan działania na dzisiejszy wieczór.. Jest kilka minut po godzinie 17-tej, zatem
pozostaje sporo czasu na spacer i zwiedzanie centrum miasta.. Hotel znajduje
się praktycznie w samym sercu Siem Reap, nieopodal centrów handlowych Angkor Trade Center, wielkiego bazaru Psar Chaa na Starym Rynku oraz ulicy Pub Street naszpikowanej restauracjami i
pubami, rozkręcającymi swą działalność w godzinach wieczornych i nocnych..
Ruszamy na popołudniowo-wieczorny rekonesans po Siem Reap…
Wędrując
wąskimi uliczkami w centrum Siem Reap, opowiem po drodze o historii i czasach
obecnych tego ciekawego miasta..
Siem Reap jest dzisiaj popularnym celem
turystycznym. Zawdzięcza to bliskości kompleksu świątyń Angkoru,
najpopularniejszej atrakcji turystycznej w Kambodży, który oddalony jest o
niespełna 7 km w kierunku północnym.. Według ustnego przekazu nazwa "Siem
Reap" czyli "Klęska
Syjamu" została nadana miastu przez khmerskiego króla Ang
Chan I (1516-1566) na cześć
zwycięskiej bitwy, którą Khmerzy stoczyli z Tajami (dawnymi Syjamczykami), kiedy to ów król wystąpił ze swoimi wojskami przeciwko inwazji wojsk
syjamskich, zabijając dowodzącego nimi księcia Ong i pojmując w niewolę aż
10.000 syjamskich żołnierzy.
(fot. poniżej - handlowe uliczki w pobliżu
centrum Siem Reap)
W pierwszej połowie XV wieku, kiedy to w 1431
roku Angkor został podbity i splądrowany przez najeźdźców Ayutthaya, rozpoczął
się okres rządów wasalskich na tym terenie. Zbliżający się koniec świetności
imperium Angkoru zbiegł się w czasie z upadkiem miasta.. Siem Reap popadło w
zapomnienie... W trakcie XV wieku prawie cały Angkor został opuszczony z
wyjątkiem Angkor Wat, który pozostał buddyjską świątynią.. Od XVI aż do XIX wieku
na wskutek waśni wśród Khmerskich władców, obszar upadającego Khmerskiego
Imperium został zdominowany interwencjami potężnych sąsiadów: Wietnamu i
Syjamu. Siem Reap wraz z większością miast w północno zachodniej części
Kambodży dostało się pod zarządzanie Syjamu. Kiedy w 1900 roku powołana do
życia Francuska Szkoła Dalekiego Wschodu rozpoczęła długą współpracę z Angkorem,
finansując wyprawę naukowo-badawczą do Syjamu odpowiedzialną za wyczyszczenie i
przywrócenie dawnego wyglądu ruinom Angkoru, uwalnianiem miasta ze szponów wchłaniającej
go dżungli oraz odkrywaniem tajemnic Imperium Khmerskiego zajęli się zawodowi
archeologowie.. Kompleks świątynny Angkoru, świadectwo wielkości Imperium
Khmerskiego, zostawał powoli wydzierany z objęć przyrody i odkrywany na nowo
spod zielonego baldachimu drzew tropikalnego lasu. Ekipy naukowców przywracały
mu tym samym jego historyczne miejsce we współczesnym świecie. Siem Reap było w
tym czasie jeszcze niewielką wioską..
Wraz z nabyciem Angkoru przez Francuzów w 1907
roku, w wyniku porozumienia francusko-syjamskiego Siem Reap zaczęło szybko się
rozrastać, wchłaniając pierwszą falę turystów. Grand Hotel d'Angkor otworzył
swoje podwoje w 1929 roku, a świątynie Angkoru stały się ogromnym magnesem Azji,
przyciągającym aż do końca lat 60-tych takich gości jak Charlie Chaplin i
Jackie Kennedy. W 1975 roku, kiedy w Kambodży przejął władzę komunistyczny
reżim Czerwonych Khmerów rozpoczynając okres ludobójczej wojny, ludność Siem
Reap, podobnie jak ludność innych miast w Kambodży, została wysiedlona do pracy
na wieś.. Wraz z nadejściem wojny, Siem Reap weszło długi sen, z którego zaczęło
się budzić dopiero w połowie lat 1990…
Powoli zapada zmrok. Wędruję po tym niezwykłym
mieście już ponad 2 godziny i za każdym rogiem ulicy odkrywam coś nowego, coś
innego.. Dziś Siem Reap jest bramą do światowej sławy dziedzictwa UNESCO -
świątyń Angkoru. Dzięki tej atrakcji to tętniące życiem miasto z
nowoczesnymi hotelami i budynkami, prezentującymi dawne kolonialne style architektoniczne, przekształciło się w ważne
centrum turystyczne..
Mimo wpływów międzynarodowych, Siem Reap i jego mieszkańcy zachowali w dużym
stopniu khmerski wizerunek miasta, kultury i tradycji.
Cały obszar miasta jest skupiskiem małych wiosek,
położonych wzdłuż rzeki Siem Reap. Wsie te zostały pierwotnie zbudowane wokół
buddyjskich pagód.. Główne centrum miasta jest skoncentrowane w rejonie ulicy
Sivutha Street i okolicy Psar Chas (Stary Rynek), gdzie znajdują się stare
kolonialne budynki, sklepy i dzielnice handlowe. Rewir świątynny Wat Bo jest
teraz pełen miejsc noclegowych i restauracji, podczas gdy obszar Psar Leu
opanowały sklepy z biżuterią i rękodziełem, oferujące sprzedaż od rubinów po
rzeźby w drewnie. Inne obszary szybko rozwijające się powstają wokół tutejszego
lotniska i drogi głównej do Angkoru, gdzie rośnie liczba dużych hoteli i
ośrodków turystycznych.. Wędruję wąskimi, przytulnymi uliczkami Starego Rynku,
rozświetlonymi olbrzymią ilością kolorowych neonów sklepów, kawiarenek i
restauracji..
W mieście szybko rozwijają się firmy związane z
turystyką. Dla większości turystów miasto Siem Reap jest doskonałą bazą
wypadowa do świątyń Angkoru, a także na rejsy po jeziorze Tonle Sap będącym
częścią Rezerwatu Biosfery.. W mieście powstało wiele hoteli, poczynając od
nisko budżetowych miejsc noclegowych po kilka eleganckich 5-gwiazdkowych obiektów.
Mnóstwo sklepów otwarto wokół Psar Chas, gdzie tętni nocne życie pubów i barów,
funkcjonujących na styl zachodni.. Centralną ulicą tych przybytków rozkoszy
jest Pub Street, którą właśnie teraz wędruję, szukając dobrego miejsca na
wypicie zimnego piwka… Przechodzę obok kilku pubów, aż w końcu przed jednym z nich
dwie młode, urocze Khmerki, zapraszające kuszącym uśmiechem spacerujących
turystów na drinka, skutecznie oddziałują na moje zmysły.. A niech tam..!!..
Idę coś łyknąć..
..

Po dobrym, zimnym drinku z nutą białego rumu,
mięty, awokado i limonki ruszam dalej.. Na koniec wieczornego spaceru po
centrum Siem Reap zaglądam do ogromnego, nocnego marketu Noon-Night, otwartego
od godziny 12:00 w południe do godziny 24:00.. Tutaj można wpaść w wir
zakupów.. Towaru masa, ogromna ilość wyrobów rękodzieła, pamiątek, ciuchów,
biżuterii i oczywiście żywności… Mnie interesuje coś regionalnego, khmerskiego,
wytworzonego ręką rzemieślnika.. Ruszam w wąskie przejścia pomiędzy stoiskami z
nadzieją, że coś upoluję…
Tutaj można dostać zawrotu głowy..!!!. Po
kilkunastu niezdecydowanych próbach wyboru pamiątki i obejściu po raz trzeci
wszystkich stoisk, w końcu postanawiam kupić piękny, olejny obraz świątyni Angkor
Wat. Chwilka na obowiązkowe targowanie i cena leci niebotycznie w dół, kiedy z
młodą Khmerką dochodzimy w końcu do wspólnej liczby zielonych Lincolnów $...
Chociaż płótno rozciągnięte na blejtramie jest sporych rozmiarów, miła
sprzedawczyni ściąga go delikatnie z ram, roluje do dużej tuby plecionej z
liści palmowych i po bólu.. Obraz jest piękny.. Zawiśnie pośród mojej kolekcji z
całego świata na honorowym miejscu…
Kiedy żegnam się z młodą Khmerką i zamierzam
odejść, wyrasta przede mną jak spod ziemi kolejna sprzedawczyni, handlująca na
straganie obok.. Rozbrajającym uśmiechem i zapraszającymi gestami zachęca do
odwiedzenia jej kolekcji drewnianych rzeźb oraz kamiennych figurek Buddy..
Daję się skusić i po kilku chwilach podziwiania galerii rzeźbiarskiej, wpada mi w oko nieduża postać uśmiechniętego
Buddy, wykonana z tzw. czerwonego kamienia chińskiego. Już wcześniej miałem
zamiar kupić coś takiego, więc tym razem nie zastanawiam się długo.. Figurka
Buddy Uśmiechniętego symbolizuje dostatek, szczęście, harmonię i nasz radosny
stosunek do życia i całego świata. Według filozofii Feng Shui ten wesoły Budda
uosabia i jednocześnie motywuje nas do życia w chwili obecnej, która jest
wypełniona po brzegi dostatkiem i dobrobytem. Czego zatem więcej
trzeba...
. Po obowiązkowym targowaniu i odpowiednim "zbiciu"
ceny, figurka Buddy ląduje w torbie obok wcześniej zakupionego obrazu... Na
dzisiaj koniec zakupów..!!!
Czas wracać do hotelu.. Na zegarku kilka minut po godzinie 22… Wychodząc na szeroką, bazarową ulicę spostrzegam spacerującego Jurka z Grażyną, z którymi rozstałem się godzinę wcześniej podczas łażenia po sklepach.. W wesołych nastrojach, rozprawiając głośno o dzisiejszym dniu i atrakcjach czekających nas jutro, po 10 minutach marszu docieramy do naszego hotelu.. Rozstajemy się na korytarzu, życząc dobrej nocy.. Kiedy w pokoju pakuję do podręcznej torby potrzebne rzeczy na jutrzejszy wypad i przeglądam sprzęt foto, odchodzi mnie ochota na sen.. Jestem „nocnym markiem” i zazwyczaj, gdy po całym dniu pracy nie czuję zbytniego zmęczenia, kładę się spać dopiero po północy.. Teraz też dochodzę do wniosku, że na sen trochę za wcześnie. Przypominam sobie jak nasza opiekunka Klaudia podczas formalności meldunkowych przy recepcji, gadała coś o basenie na dachu hotelu.. Żartowała czy mówiła poważnie..??.. Postanawiam to sprawdzić.. Wieczór pogodny, parny, wręcz gorący.. Hotel ma trzy piętra, ja mieszkam na drugim.. Wychodzę po schodach piętro wyżej i wąskim korytarzem po kilku stopniach dostaję się na dach budynku.. A więc to jednak nie był żart.!!.. Do trzech plusów przydzielonych wcześniej temu hotelowi za czystość i wyposażenie dochodzi czwarty – za piękny, hotelowy basen z wygodnymi miejscami do odpoczynku i szeroką panoramą na centrum Siem Reap..

Czas wracać do hotelu.. Na zegarku kilka minut po godzinie 22… Wychodząc na szeroką, bazarową ulicę spostrzegam spacerującego Jurka z Grażyną, z którymi rozstałem się godzinę wcześniej podczas łażenia po sklepach.. W wesołych nastrojach, rozprawiając głośno o dzisiejszym dniu i atrakcjach czekających nas jutro, po 10 minutach marszu docieramy do naszego hotelu.. Rozstajemy się na korytarzu, życząc dobrej nocy.. Kiedy w pokoju pakuję do podręcznej torby potrzebne rzeczy na jutrzejszy wypad i przeglądam sprzęt foto, odchodzi mnie ochota na sen.. Jestem „nocnym markiem” i zazwyczaj, gdy po całym dniu pracy nie czuję zbytniego zmęczenia, kładę się spać dopiero po północy.. Teraz też dochodzę do wniosku, że na sen trochę za wcześnie. Przypominam sobie jak nasza opiekunka Klaudia podczas formalności meldunkowych przy recepcji, gadała coś o basenie na dachu hotelu.. Żartowała czy mówiła poważnie..??.. Postanawiam to sprawdzić.. Wieczór pogodny, parny, wręcz gorący.. Hotel ma trzy piętra, ja mieszkam na drugim.. Wychodzę po schodach piętro wyżej i wąskim korytarzem po kilku stopniach dostaję się na dach budynku.. A więc to jednak nie był żart.!!.. Do trzech plusów przydzielonych wcześniej temu hotelowi za czystość i wyposażenie dochodzi czwarty – za piękny, hotelowy basen z wygodnymi miejscami do odpoczynku i szeroką panoramą na centrum Siem Reap..
W zupełnej ciszy, pod rozświetlonym nocną
poświatą kambodżańskim niebem, wykładam się wygodnie na jednym z miękkich leżaków.
Jest bosko… Mógłbym tutaj przespać do rana.. Rozmyślam o kolejnych dniach
wędrówki po Indochinach.. Co jeszcze mnie czeka na tej długiej trasie wiodącej przez
3 azjatyckie kraje..?. Jakie niezaplanowane przygody wynikną podczas
podróży..?.. Myśli kołaczą się po głowie w natłoku emocji i pytań.. Rozmyślam
także o rodzinnych stronach, o domu, czy wszystko jest OK..?.. Jak człowiek
tyle tysięcy kilometrów od rodziny, to zawsze wraca myślami i tęskni, bez
względu na okoliczności.. Moje serce tęskni także za górami.. Moimi ukochanymi
Tatrami i Beskidami.. Tutaj nie ma nawet namiastki pagórka.. Echhh.. jak tylko
wrócę do kraju zaraz biorę plecak i idę na górskie szlaki… Jutro niezwykle
ciekawy dzień. Ruszamy na zwiedzanie świątyń Angkoru.. Pojutrze dalszy ciąg
wędrówki po dżungli, podziwianie świątynnych budowli pozostawionych działaniu
natury, rejs po jeziorze Tonle Sap i inne atrakcje.. Znowu będzie się działo….
Czas zmykać do łóżka.. Spoglądam po raz ostatni na granatowe, tropikalne, nocne
niebo i ruszam do mojego pokoju na zasłużony sen, pierwszy na kambodżańskiej
ziemi… Dobrej nocy.. Do jutra.. !!!
KONIEC cz.IV
C.D.N…
Bardzo fajny blog, panie Andrzeju. Skarbnica wiedzy. Dzięki za dobrą robotę.
OdpowiedzUsuńSuper wyczerpujące wpis o fantastycznym kraju i niesamowitej wycieczce! Zazdroszczę ogromnie bo ja to chyba gdzieś pojadę jak już dokończę robić przekształcenie spółki. Do tej pory to nie ma co liczyć na chwilę wolnego. Ale lepiej to chyba jechać na dłużej prawda? Bo w dwa tygodnie to niewiele się zobaczy :)
OdpowiedzUsuńPełen szacunek za te "przysmaki". Nie wzięłabym tego do ust, już patrząc na zdjęcia mnie skręcało :) Ale opis piękny... Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńJadę za miesiąc ... informacje... bezcenne kawał
OdpowiedzUsuńdobrej roboty:)